Оглавление
VII
Przyjmując nową osobę do służby, uważamy zwykle nietylko na jej zdatność, lecz zarazem i na to, czyli w swojej powierzchowności lub mowie nie ma jakiej strony zbyt śmiesznej. Występujący na scenie aktor musi ucharakteryzować się stosownie do przedstawionej roli, żeby w godny sposób oddał utwór poety; szczególnie też organ ważną w nim stanowi stronę. Przeciwnie pastorom, którzy mają być organem samego Pana Boga, pozwalamy nieraz wystąpić z najmizerniejszym głosem, z najśmieszniejszą deklamacyą; jakoż mamy między niemi kaznodziejów z organem to śpiewającym, to nosowym, to znów z nieznośną afektacyą, któreto wszystkie wady zwykle są zabytkiem stolicy, bo naśladowaniem wziętych tamże w swoim czasie starych predykantów. Tak samo jak dawniej nie wierzono, żeby Pismo Święte można przełożyć na język ojczysty, tak i dziś jeszcze lud, zwłaszcza po wsiach, częstokroć jest mniemania, że nie godzi się Biblii czytać głośno i bez owej przesadnej intonacyi, którą przywykł słyszeć od pastora głoszącego z ambony słowo Boże. Zamiast przemówić głosem naturalnym z piersi i od serca, zamiast słuchaczom swoim spojrzeć oko w oko, ci panowie stoją zwykle jak zaperzone indyki z głową przekręconą w jednę stronę, a oczami w drugą. Słowo Boże, tak samo jak wino świętej Ofiary, podawać należy w kielichu czystym i otwartym.
Wszystkie te przymioty, jakich duchowny posiadać nie powinien, połączone były w kapelanie miejscowym, panu Patermannie, który stosownie do życzenia starej hrabiny miał, przygotować Naomi do pierwszej kommunii świętej25. Nie napróżno w słowach jego miód był połączony z sykiem pełzających węży; na uśmiechniętych jego ustach spoczywał jakiś wyraz ckliwy, słodkawy; tak samo jak król olchów, piękną swą stronę odwracał do ludzi, lecz jak on pustą był istotą26. Guwernantka utrzymywała, że twarz pastora jest prawdziwie apostoliczną i że rozmowa z nim, to istna poezya w prozie życia. Co do nas, nie możemy podzielać tego zdania; najniesmaczniej też używał niekiedy cudzych dowcipów, bo sam nigdy żadnego jeszcze nie sklecił. Nie umiał mnożyć obcych myśli przez swoje, a słuchaczy swoich uczęstować takim iloczynem, – wolał owszem od danej odjemnej odciąć własnego odjemnika. Oczywiście taki człowiek nie mógł się podobać Naomi.
– Pan Patermann ma mnie tedy wykształcić! – rzekła i w myśli rozważała wszystkie jego bijące w oczy przymioty – przedewszystkiem zaś wydawał jej się śmiesznym, a takim najmniej powinien być ten, co naucza najwyższych świętości. Nie szanowała go, a miała tu zarazem obfitą sposobność do objawiania wrodzonego sobie ducha przeciwieństwa; tak więc przygotowanie do konfirmacyi zamieniło się w zwyczajną dysputę, przy której jednak pan pastor nie zapomniał nigdy powinnej uległości względem jaśnie panny. Odbijał się za to na grzesznej młodzieży włościańskiej i postępował z nią tak, jak ów nauczyciel, który ucząc własnego swego syna razem z synem bogacza, ile razy ten ostatni co zbroił, pierwszego okładał dyscypliną, z tem nader logicznem zapewnieniem: – Tyś ciałem z mojego ciała, więc ciebie mogę walić!
Zwykle Naomi konno jeździła do probostwa, a zacny kapłan sam jaśnie pannie pomagał zsiadać z konia. Dziś właśnie przybiegł syn pastucha dla oddania jej tej posługi, który miał zarazem zlecenie proszenia jej imieniem komornicy, żeby na chwilkę raczyła do niej wstąpić, gdyż w chałupie jej leży umierający człowiek, który ją pragnie widzieć przed śmiercią.
– Co to za głupstwo! – rzekł pastor. – Toż ona przecie wdową; to nic innego tylko żebranina i kłamstwo – i zaprowadził Naomi do pokoju. Przypadek zdarzył, że przypadł właśnie rozdział o miłosiernym Samarytaninie.
– Był to postępek bardzo piękny, któryśmy powinni naśladować – rzekł pastor.
– A więc powinnam była zaraz dzisiaj pójść do komornicy! – odpowiedziała Naomi.
– To nie tak ma się rozumieć! – zawołał pan Patermann. – U nas biedni ludzie, to same tałałajstwo, sami kłamcy i oszuści. Tu nie można tak postępować, jak niegdyś postępowali ludzie w krajach Wschodnich! – i zaśmiał się, bo był pewnym, że powiedział coś bardzo dowcipnego.
W ubogiej obórce komornicy, gdzie jedyna krówka przywiązana była do żłobu, leżał umierający na słomie, – stary wór ze zgrzebnego płótna okrywał jego nogi. Nikogo nie było przy nim prócz krowy, która łeb wyścibiała za drabinę. Chory bezsilnie przebierał wychudłemi palcami.
Drzwi otworzyły się i weszła komornica z małym garnuszkiem wody, stanęła przed nim i na wpół łając, na wpół płacząc żaliła się: – Najsłodszy Panie Jezu! otóż leży u mnie biednej kobiety i umiera! Dobrze mi tak! nie trzeba mu było pozwolić przenocować. Toć mu już wczoraj wieczór, kiedy przyszedł, śmierć wyglądała z oczów. O! niech mi Pan Bóg dopomoże!
Umierający podniósł głowę i jakby uśmiechnął się; potem znów zamknął oczy.
– Panna nie przyjdzie! – rzekła. – Wiedziałam o tem dobrze, a teraz tylko jeszcze będzie się na mnie gniewał pan pastor! Już to będę ja miała za swoje!
Umierający westchnął głęboko. Nagle zerwał się i usiadł na swem posłaniu, a palcem wskazując związaną skrzynkę, spojrzał na kobietę.
– Czy otworzyć ją? – zapytała.
– Otworzyć! – szepnął zaledwie donośnym głosem.
Raptem oczy jego wyjaśniły się; wyciągnął ręce, gdyż przed nim stała Naomi, która otwartemi drzwiami weszła do obory.
– Jużem cię podobno kiedyś widziała! – rzekła do niego, – a ileśmy razy spotykali się, zawsześ mi się kłaniał z uszanowaniem. Zawsze też dziwnie jakoś na mnie patrzałeś. Czy to wodę mu dajesz? – spytała komornicy. – Przynieś co lepszego!
– Zapewne! gdyby mu można dać kieliszek wódki! – rzekła kobieta – ale już całe dwa tygodnie, jak ani jedna kropelka nie postała w całym moim domu!
– Kup wina! – rzekła Naomi i dała jej kilka sztuk srebrnej monety, na widok której poczciwa komornica jakby osłupiała i po kilku dopiero chwilach wyszła do karczmy.
Wróbelek frunął na brukowaną posadzkę, zaświegotał i znów wyleciał z obory. Zdawało się, że nowe życie wstępuje w umierającego i wymówił znowu kilka wyrazów.
– Więc raz jeszcze widzę ciebie, Naomi!
– Znasz moje imię!
– Znałem je wcześniej od ciebie! – i spójrzał na nią ze smutnym uśmiechem. – Jam ciebie piastował na mych rękach, ale cóż, kiedy ty już starego Joela nie pamiętasz!
– Jużem cię dawniej gdzieś widziała! – rzekła Naomi. – Ale ty nigdy nie przychodzisz do dworu!
– Nie mogłem – odpowiedział – i nie chciałem!
– Cóż miałeś mi powiedzieć? – zapytała.
Wskazał na otwartą skrzynkę. Co on tam chował? co jej powiedział? – Gdybyś rozumiał świegotanie wzgardzonego wróbelka, tobyś usłyszał, co usłyszała Naomi! – gdybyś uchwycił tony, które zimny wiatr wiosenny dmie na swoim flecie czarodziejskim, owej plecionej ścianie biednej chaty, tobyś wiedział, dlaczego Naomi zamyśliła się i dlaczego wracając do zamku jechała stępo przez lasek.
– Czyż judaizm nie jest wędrownym Edypem, wystawionym na drwiny młodszego pokolenia? – Nie wiemy, czyli nad tem właśnie pytaniem zastanawiała się, czy też może nad dzisiejszą nauką pastora o miłosiernym Samarytaninie. Drobne jej paluszki przewracały kartkę książki, a oczy jej wlepione w nią były z tą samą chciwością, z jaką alchemik wpatruje się w tygielek, w którym przetwarza swoje kruszce. Czy to katechizm był, czy nowe wydanie kancyonału, z którego prozaiczne ręce zerwały woniejące listki poezyi? Format był za duży, oprawa za stara, a kartki zapisane były wybladłym przez lata atramentem. Była to spuścizna matczyna jaśnie panny, a w książce zapisane były różne wiersze i oderwane myśli, zaś między kartkami niektóre lóźne jeszcze porozrzucane były ćwiartki.
– Czyż to hańba, należeć do narodu sławnego na całym świecie? – myślała. – Ojciec mojej matki był bogaty; Joel był jego sługą, starym i wiernym sługą. Gdy wszyscy mnie opuścili, kiedy wszystko leżało w gruzach i popiele, on dał mi nową rodzinę, tu gdzie ją znalazłam i gdzie znaleźć byłam powinna. Stare, poczciwe serce! – Łzy cisnęły się z jej oczów, a ona zgniotła je czarnemi rzęsami.
– Jaśnie panno! on umarł! – zawołała komornica, która boso pobiegła za nią z tą nowiną.
Naomi stanęła.
– Umarł! – rzekła. – Powiedzcież mi, co wam mówił, kiedy kazał posełać po mnie?
– Mówił tylko, żebym posłała po jaśnie pannę, gdyż inaczej nie mógłby umrzeć! – Wiedziałam, że dziś jaśnie panna będzie u pana pastora.
– Wyście go nie zrozumieli! – rzekła Naomi ozięble. – Widzicie, dlategoście się tak głupio znaleźli! Wysłaliście po mnie, a jam nigdy z nim dawniej nie mówiła! Wcalem go nawet nie znała! Jużby was za to okropna spotkała przykrość, gdyby się o tem dowiedziano we dworze! ale ja wam przyrzekam, że nic nikomu nie powiem, abyście wy tylko język trzymali za zębami! Powiedzcie sołtysowi, że ten człowiek umarł.
– Wielki Boże! to go jaśnie panna wcale nie znała?
– A ja zkąd? – rzekła Naomi i spójrzała na kobietę z wyrazem przerażającej oziębłości na twarzy. – Zkądżebym mogła znać starego żyda?
I odjechała, – lecz serce jej biło gwałtownie.
– Biedny żydzie! Toż podobnie twoi zaparli się naszego Zbawiciela; dlaczegożbym ja nie miała się zaprzeć ciebie? – i wydobyła znowu książkę, którą skryła przed obcą kobietą i znowu w niej czytała, potem dała koniowi ostrogę i kłusem puściła się do domu.