Rozdział XXXV. Dwie odmiany szatanów

– A!… – wykrzyknęli jednocześnie Rochefort milady – to ty?…

– Tak, to ja.

– Przybywasz?… – zapytała milady.

– Z pod Roszelli. A ty?…

– Z Anglji.

– Cóż Buckingham?

– Nie żyje, lub śmiertelnie ranny; wyjeżdżałam właśnie, nic odeń nie uzyskawszy, gdy jakiś fanatyk go zabił.

– A!… – odezwał się Rochefort – oto, co się nazywa szczęśliwy traf, który ucieszy niezmiernie Jego Eminencję! Czy mu już doniosłaś?…

– Pisałam z Boulogne. Lecz, w jaki sposób ty się tu znalazłeś?

– Jego Eminencja, zaniepokojony, wysłał mnie do ciebie.

– Nie straciłam czasu napróżno.

– O! byłem tego pewny.

– Wiesz, kogo tu spotkałam?

– Nie.

– Zgadnij?

– Nie potrafię.

– Młodą kobietę, którą królowa z więzienia uwolniła.

– Kochankę tego smarkacza, d‘Artagnana?

– Tak, panią Bonacieux, o której schronieniu kardynał nie mógł się dowiedzieć.

– Więc znów szczęśliwy traf, mogący iść w parze z tamtym; pan kardynał doprawdy jest człowiekiem uprzywilejowanym.

– Wystaw sobie moje zdziwienie – ciągnęła milady – gdy ta kobieta stanęła przede mną.

– Czy ona wie, kto ty jesteś?

– Nie.

– Więc uważa cię za obcą?

Milady roześmiała się.

– Jestem jej najlepszą przyjaciółką.

– Na honor – rzekł Rochefort – ty jedna tylko, hrabino, zdolna jesteś cuda tworzyć.

– Dobrze się stało – powiedziała milady – bo wiesz, co się tu dzieje?

– Nie.

– Przyjadą po nią jutro lub pojutrze z rozkazem królowej.

Doprawdy! a ktoż taki?

– D‘Artagnan i jego przyjaciele.

– Przekonany jestem, że oni póty dokazywać będą, aż dostaną się do Bastylji nareszcie.

– Dlaczego oddawna ich tam nie zamknięto?

– Co chcesz!… pan kardynał ma jakąś słabość do tych ludzi, czego ja pojąć nie mogę.

– Doprawdy?

– Tak.

– Rocheforcie, powiedz mu tylko to: w oberży pod „Czerwonym gołębnikiem” ci czterej rozmowę naszą wysłuchali; powiedz mu, że, po jego odjeździe, jeden z nich wszedł do mnie i wydarł mi przemocą list bezpieczeństwa, który od kardynała dostałam; powiedz, że kazał uprzedzić lorda de Winter o wylądowaniu mojem w Portsmouth; że ledwie nie obrócili w niwecz całej sprawy mojej, jak to uczynili ze sprawą zapinek djamentowych; powiedz, że z pomiędzy czterech dwóch tylko należy się obawiać: d‘Artagnana i Athosa; trzeci Aramis, jest kochankiem pani de Chevreuse: temu trzeba życie darować, znamy jego tajemnicę, więc może być użytecznym; co się tyczy czwartego, Porthosa, to słaba głowa, zarozumiały i głupi, nie warto się nim zajmować.

– Skądże się tu wzięli wszyscy czterej, bo powinni być w tej chwili pod Roszellą?

– I ja tak myślałam, lecz list, który pani Bonacieux odebrała od Konetablowej i który – była na tyle niemądra – dała mi do przeczytania, przekonał mnie, że są wszyscy w drodze do klasztoru, aby ją porwać.

– Co tu począć, u djabła?

– Cóż ci kardynał polecił co do mnie?

– Kazał zabrać depesze piśmienne lub ustne, wracać pocztą jak najśpieszniej, a skoro się dowie, czego dokazałaś, osądzi, co masz dalej robić.

– Więc ja mam tu pozostać?

– Tutaj, lub gdziekolwiek w tych stronach.

– Czy nie możesz zabrać mnie z sobą?

– Nie; mam rozkaz wyraźny; w okolicy obozu poznanoby ciebie, a to, jak pojmujesz, kompromitowałoby kardynała.

– Będę zatem oczekiwała na dalsze rozkazy tutaj, lub gdzieś niedaleko.

– Powiedz mi tylko, gdzie się obrócisz, ażebym mógł cię znaleźć.

– Prawdopodobnie tu nie będę mogła pozostać. Czy zapomniałeś, że wrogi moje przybędą wkrótce?

– A! to prawda! lecz w takim razie ta mała kupcowa, wymknie się Jego Eminencji.

– Ba! – rzekła milady z uśmiechem, sobie właściwym – pamiętaj, że jestem najlepszą jej przyjaciółką…

– Prawda; mogę zatem powiedzieć kardynałowi, że co do tej kobiety…

– Niech będzie spokojny.

– Nic więcej?…

– Zrozumie on, co to znaczy.

– Domyśli się, że… A teraz, co ja mam zrobić?…

– Wracać jak najprędzej; sądzę, że wiadomości, jakie wieziesz, warte są pośpiechu.

– Mój powóz zepsuł się, gdy wjeżdżałam do Lilliers.

– A to przewybornie!…

– Dlaczegóż?…

– Potrzebuję twojego powozu.

– A jakże ja pojadę?…

– Konno, mój panie.

– Dobrze ci mówić; sto mil przeszło.

– Cóż to wielkiego?

– Ma się rozumieć, że pojadę. A potem?

– Potem, przejeżdżając przez Lilliers, odeślesz mi powóz i rozkażesz służącemu, aby mi był posłuszny.

– Dobrze.

– Masz zapewne przy sobie jakieś pismo od kardynała?

– Mam pełnomocnictwo.

– Pokażesz je przełożonej i dodasz, że przyślesz po mnie dziś albo jutro i że powinnam się udać z osobą, przybywającą w twojem imieniu.

– Dobrze, rozumiem.

– Wyrażaj się ostro do przełożonej, mówiąc o mnie.

– A toż znów po co?

– Jestem przecie ofiarą, prześladowaną przez kardynała. Muszę zyskać zaufanie pani Bonacieux.

– Masz rację. Napisz mi tylko raport dokładny o twoich czynnościach.

– Opowiedziałam ci wszystko; pamięć masz doskonałą, powtórz, coś usłyszał; papier możesz zgubić.

– Masz rację, jak zawsze, chcę tylko wiedzieć, gdzie cię odnaleźć, żeby napróżno w okolicy nie szukać.

– To prawda, poczekajno…

– Może chcesz mapy?

– O, znam te strony doskonałe.

– Byłaś już tutaj kiedy?

– Tu się wychowałam.

– Będziesz zatem oczekiwała?

– Zaraz, zaraz, pomyślę trochę… a!… otóż mam w Armentières.

– Co to jest Armentières?

– Małe miasteczko nad rzeką Lys; w razie czego przeprawię się tylko za rzekę i jestem już zagranicą.

– Ale chyba tylko w razie niebezpieczeństwa?…

– Ma się rozumieć…

– A wtedy, jak się dowiem, gdzie jesteś?…

– Czy tobie lokaj potrzebny?…

– Nie.

– A czy to pewny człowiek.

– Wypróbowany.

– Zostaw mi go; nie zna go tu nikt, pozostanie w miejscu, skąd się oddalę i doprowadzi cię tam, gdzie będę.

– Mówisz zatem, że oczekiwać będziesz w Armentières? Napisz mi to na kawałku papieru, gdyż boję się zapomnieć; przecie nazwa miasteczka nie może cię skompromitować, wszak prawda?

– Kto wie?… lecz mniejsza o to – rzekła milady, pisząc na półarkuszu papieru – kompromituję się…

– Dobrze – rzekł Rochefort, biorąc papier, któryzłożył i schował w kapelusz – chociażbym go zgubił, zrobię, jak dzieci mają zwyczaj robić: będę powtarzał przez całą drogę: Armentières. Czy to wszystko?

– Tak sądzę.

– Zastanówmy się: Buckingham nie żyje, lub ranny śmiertelnie; rozmowa twoja z kardynałem podsłuchana przez czterech muszkieterów; lord de Winter zawiadomiony o twojem przybyciu do Portsmouth; d‘Artagnana i Athosa zamknąć w Bastylji; Aramis kochankiem pani de Chevreuse; Porthos głupiec; pani Bonacieux odnaleziona; przysłać ci powóz jaknajspieszniej; mojego lokaja zostawić do twego rozporządzenia; zrobić z ciebie ofiarę kardynała, aby przełożona nie powzięła jakich podejrzeń; Armentières nad rzeką Lys. Czy wszystko?

– Doprawdy, kochany hrabio, cudowną masz pamięć. Ale, ale, dodaj jedno jeszcze…

– Co takiego?…

– Zauważyłem prześliczny lasek, dotykający ogrodu klasztornego; powiedz, że wolno mi po nim spacerować, kto wie? może będę zmuszona wyjść tylnemi drzwiami?

– Myślisz o wszystkiem.

– A ty zapominasz o jednej rzeczy…

– O czem?

– Nie pytasz, czy mam pieniądze.

– Ile żądasz?…

– Wszystko, co masz przy sobie.

– Mam około pięciuset pistolów.

– Ja posiadam tyleż; z tysiącem pistolów można wiele dokonać; dalej, wypróżnij kieszenie.

– Oto masz…

– Dziękuję. A ty odjeżdżasz?

– Za godzinę, zjem tymczasem cokolwiek.

– Wybornie… Adieu, hrabio!

– Adieu, hrabino.

– Poleć mnie względom kardynała.

– A ty mnie łasce szatana.

W godzinę potem Rochefort pędził co koń wyskoczy; w pięć godzin mijał Arras. Czytelnicy wiedzą już, jak go d‘Artagnan poznał i jak z tego powodu obawy muszkieterów wzrosły i dodały im podniety do dalszej podróży.

СкороКнижный режим