Rozdział XVII. Pożytek z luftów pieca

Widoczne było, iż powodowani rycerskością jedynie i usposobieniem awanturniczem trzej nasi przyjaciele, nie przypuszczając tego nawet, wyświadczyli przysługę osobie, którą kardynał zaszczycał szczególną swoją protekcją.

Kto to mógł być mianowicie?… To pytanie zadali sobie trzej muszkieterowie; następnie widząc, iż żadna odpowiedź, jaka im przychodzi, nie zadawala ich bynajmniej, Porthos przywołał gospodarza i kazał przynieść kości do gry.

Porthos i Aramis zasiedli zaraz przy stole i zaczęli grać w najlepsze, Athos chodził po pokoju i rozmyślał.

Chodząc tak i rozmyślając, Athos mijał i znów przechodził koło rozebranego, sterczącego w murze, luftu od pieca, którego drugi koniec dotykał pokoju nad nimi położonego; za każdym razem, gdy mijał ową rurę, słyszał wyraźnie szmer rozmowy, co nakoniec zwróciło jego uwagę.

Zbliżył się zatem i odróżnił parę słów, które, jak sądził, wielką miały doniosłość, skinął więc na towarzyszy, aby się uciszyli, a sam, pochylony, przyłożył ucho do otworu dolnego.

– Słuchaj dobrze, milady – mówił kardynał – sprawa jest wielkiego znaczenia, usiądź no i pogadajmy.

– Milady – mruknął Athos.

– Słucham waszą Eminencję z jak największą uwagą – odpowiedział głos kobiecy, na którego dźwięk Athos zatrząsł się cały.

– Nieduży statek z załogą angielską, z kapitanem, zupełnie mi oddanym, oczekuje na ciebie przy ujściu rzeki Charente, obok warowni La Pointe; rozwinie on żagle jutro przede dniem.

– Czy mam się tam udać dziś zaraz w nocy?…

– Zaraz, natychmiast, to jest, gdy wysłuchasz moich zleceń. Wychodząc stąd, znajdziesz dwóch ludzi przy bramie, służyć ci oni będą za eskortę; ja wpierw się stąd oddalę, ty zaś po mnie w pół godziny.

– Rozumiem, Eminencjo. Wróćmy teraz do posłannictwa, jakie raczysz mi zlecić; a ponieważ pragnę i nadal zasługiwać na zaufanie Waszej Eminencji, racz mi wyłożyć jasno i zwięźle, co mam robić, abym nie popełniła omyłki.

Nastała cisza chwilowa; kardynał widocznie namyślał się, jak mówić, a milady skupiała władze umysłu, aby zrozumieć dokładnie i wyryć sobie w pamięci słowa kardynała.

Athos skorzystał z chwili milczenia i kazał towarzyszom zamknąć drzwi od wewnątrz, a potem przyjść i słuchać z nim razem.

Muszkieterowie, lubiący wygodę przysunęli krzesła dla siebie i Athosa. Wszyscy trzej usiedli następnie i przyłożyli uszy do otworu.

– Pojedziesz do Londynu – zaczął kardynał – i udasz się prosto do Buckinghama.

– Ośmielam się zwrócić uwagę Eminencji – rzekła milady – że od czasu sprawy z zapinkami brylantowemi, o którą książę mnie podejrzewał, wystrzega on się mnie okrutnie.

– Tym razem – mówił kardynał – nie idzie wcale o zdobywanie zaufania; powinnaś przedstawić się księciu szczerze i uczciwie, jako pośredniczka.

– Szczerze i uczciwie – powtórzyła milady tonem, niewypowiedzianie dwuznacznym.

– Tak jest, szczerze i uczciwie – ciągnął kardynał tym samym tonem – całe to rokowanie musi być prowadzone jawnie.

– Wykonam dosłownie polecenia Waszej Eminencji, czekam teraz na rozkazy.

– Pójdziesz do Buckinghama i oznajmisz, że ja cię przysyłam; powiesz mu, iż wiem o wszystkich przygotowaniach, przez niego czynionych, i wcale ich się nie boję, bo za pierwszem poruszeniem z jego strony zgubię królowę bezpowrotnie.

– Czy on uwierzy, iż Wasza Eminencja jest w możności wykonać tę groźbę?

– Uwierzy, bo mam dowody w rękach.

– Potrzeba zatem, abym mu je przedstawiła?

– Bezwątpienia; powiesz mu także, że ogłoszę doniesienia Bois-Roberta i margrabiego de Beautru o spotkaniu się księcia z królową u pani konetablowej owego pamiętnego wieczoru, gdy ta pani wydawała bal maskowy. Powiesz mu, że wcale nie wątpię, iż był tam przebrany za Wielkiego Mogoła; kostjum ten miał przywdziać kawaler Gwizjusz, a książę odkupił go od niego za trzy tysiące pistolów.

– Dobrze, Eminencjo.

– Opowiesz mu wszystkie szczegóły wejścia i wyjścia nocnego z zamku królewskiego, gdzie się wcisnął przebrany za wróżbiarza Włocha; dodasz także, aby nie wątpił o prawdziwości moich wiadomości, iż miał ukrytą pod płaszczem długą białą szatę, usianą w deseń łez czarnych, głów trupich i kości, na krzyż złożonych: ponieważ, w razie wypadku niespodzianego, chciał uchodzić za ducha Białej Damy, ukazującej się, jak wiadomo, w Luwrze, przed każdym wypadkiem wielkiej doniosłości.

– Czy to już wszystko, eminencjo?

– Powiedz mu, że znam także szczegóły spotkania w Amiens, że zrobię z tego małą powiastkę romantyczną, dowcipnie ułożoną, z planem ogrodu i portretami głównych działaczy w awanturze nocnej.

– Powiem mu wszystko.

– Powiedz, że ująłem Montaigu, że trzymam go w Bastylji, że nie znaleziono przy nim żadnego dokumentu, lecz że tortura rozwiąże mu usta, i wyda on wszystko, co wie… a nawet to, o czem nigdy nie wiedział.

– Słucham, Eminencjo.

– Nakoniec dodaj, że książę miłościwy, opuszczając wyspę Ré, zapomniał w pośpiechu zabrać z mieszkania swojego pewnego liściku pani de Chevreuse, a liścik ten w dziwny sposób kompromituje królowę, wykazując jasno, iż Jej Królewska Mość nietylko jest zdolna kochać nieprzyjaciół króla, ale w dodatku spiskuje z wrogami Francji. Czy dobrze zapamiętałaś wszystko, co mówiłem?

– Niech Wasza Eminencja osądzi: bal u pani konetablowej; wycieczka nocna do Luwru; wieczór spędzony w Amiens; schwytanie Montaigu; list pani de Chevreuse.

– Dobrze – rzekł kardynał – nic nie brakuje: masz doskonałą pamięć, milady.

– Jednak – podjęła ta, do której kardynał odezwał się w sposób tak pochlebny – jeżeli pomimo wszystko książę nie ulegnie i będzie w dalszym ciągu groził Francji?

– Książę jest zakochany, jak warjat, lub raczej, jak mazgaj – ciągnął Richelieu z goryczą – na wzór dawnych błędnych rycerzy wszczął wojnę obecną po to jedynie, aby otrzymać jedno spojrzenie uwielbianej piękności. Gdy przekona się, że wojna ta odbierze honor, a może i wolność władczyni myśli jego, jak się on wyraża, przysięgam ci, że zachwieje się w zamiarach.

– A jednak – mówiła milady z wytrwałością dowodzącą, że chciała zbadać dokładnie sprawę, którą jej polecono – gdyby po tem wszystkiem obstawał jeszcze przy swojem?

– Gdyby się jeszcze upierał… nie, nie, to niepodobna…

– To bardzo prawdopodobne – rzekła milady.

– Gdyby trwał przy swojem… – Jego Eminencja zatrzymał się, a po chwili zaczął: – Gdybyś przekonać go nie zdołała, w takim razie położę nadzieję całą w wypadku, w zdarzeniu, zmieniającem zwykle postać rządów…

– Gdyby Wasza Eminencja zechciał mi przytoczyć z historji choć jeden wypadek podobny – odezwała się milady – może i ja podzieliłabym także zaufanie jego do przyszłości.

– Więc słuchaj… oto naprzykład – rzekł Richelieu – gdy w roku 1610, z podobnej przyczyny, jaka podnieca księcia Buckingham, król Henryk IV, zaszczytnej pamięci, szedł opanować jednocześnie Flandrję i Włochy, aby z dwóch stron następnie uderzyć na Austrję, czyż nie nastąpił wypadek, który Austrję zbawił?… Dlaczegóżby król Francji nie mógł mieć tego szczęścia, co cesarz?

– Wasza Eminencja chce mówić o uderzeniu nożem przy ulicy de la Ferronnerie?

– Tak, właśnie – odparł kardynał.

– Czy wasza wielebność nie boi się, że skazanie na śmierć Ravaillaca nie odstraszy tych, co mieliby ochotę wejść w jego ślady?

– Po wszystkie czasy i we wszystkich krajach, tam zwłaszcza, gdzie ludność dzielą uczucia religijne, znajdą się fanatycy, pragnący stać się męczennikami. Otóż rzeczywiście przypominam sobie w tej chwili, że purytanie wściekli są na księcia Buckinghama, a ich kaznodzieje wskazują nań, jako na Antychrysta.

– Więc cóż z tego? – przerwała milady.

– Otóż – mówił dalej kardynał tonem obojętnym – wypadałoby teraz, naprzykład, znaleźć kobietę piękną, młodą i zreczną, która miałaby powód do zemsty osobistej na księciu. Kobietę taką możnaby łatwo spotkać; książę jest człowiekiem szczęśliwym do kobiet i, jeżeli nie budził uczuć miłosnych obietnicami stałości wiecznej, musiał w niejednem sercu wzniecić nienawiść przez nieustanne wiarołomstwa.

– Zapewne – rzekła milady chłodno – kobietę taką możnaby napotkać.

– Otóż kobieta, któraby dała w rękę nóż Jakóba Clément, lub Ravaillaca fanatykowi, zbawiłaby Francję.

– Tak, lecz zostałaby wspólniczką zbrodni.

– A czy zna ktokolwiek wspólników Jakóba Clément lub Ravaillaca?

– Nie, bo może stali oni zbyt wysoko, aby się ośmielono aż tam ich szukać: nie podpala się Pałacu Sprawiedliwości dla byle kogo, Eminencjo.

– Więc sądzisz, że Pałac Sprawiedliwości spłonął nie trafem jedynie nieszczęśliwym? – zapytał Richelieu obojętnie, jak gdyby to była kwestja bez żadnego znaczenia.

– Ja, Eminencjo – odpowiedziała milady – ja nic nie sądzę, fakt przytaczam, nic więcej; dodam tylko, że gdybym nazywała się panną de Montpensier, lub królową Maryą Medicis, nie potrzebowałabym być tak ostrożna, jak, nazywając się poprostu lady Claric.

– Słusznie – rzekł Richelieu – czegóż więc żądasz?

– Pragnę rozkazu, potwierdzającego z góry wszystko, co uznam, iż powinnam uczynić dla dobra Francji.

– Trzeba najpierw znaleźć kobietę, o jakiej mówiłem, która miałaby urazę śmiertelną do księcia.

– Już ją znalazłam – rzekła milady.

– Następnie trzeba wyszukać podłego fanatyka, chcącego służyć za narzędzie sprawiedliwości bożej.

– I to się znajdzie.

– Wtedy – mówił kardynał – będzie pora dopiero wymagać rozkazu, jakiego żądasz obecnie.

– Wasza Eminencja ma rację – rzekła milady – to ja byłam w błędzie, widząc w poleceniu, jakiem mnie zaszczyca, coś innego, niż jest ono w rzeczywistości, bo mam tylko oznajmić księciu od Eminencji, że zna wszystkie przebrania, z pomocą których zdołał on zbliżyć się do królowej na balu u pani konetablowej; że Eminencja posiadasz dowody widzenia się jego z królową w Luwrze, w kostjumie astrologa Włocha, że ukaże się romans bardzo dowcipny o awanturze w Amiens, z planami i portretami; że Montaigu siedzi w Bastylji i tortura przypomni mu, co zapomniał; nakoniec, że masz w ręku list pani de Chevreuse, kompromitujący ją i królową. Następnie, jeżeli pomimo wszystko ktoś zostanie niezłomny, to ponieważ misja moja tu się kończy, pozostanie mi tylko prosić Boga, aby cud uczynił dla ocalenia Francji. Wszak to mam zrobić, Eminencjo, i nic innego nie przedsiębrać?

– To tylko jedynie – odparł kardynał zimno.

– Obecnie – mówiła milady, nie zwracając uwagi na raptowną oziębłość kardynała – obecnie, gdy już otrzymałam instrukcje od Waszej Eminencji co do postępowania z jego nieprzyjaciółmi, czy pozwoli mi wasza wielebność powiedzieć słów parę o moich znów wrogach?

– Więc pani masz wrogów? – zapytał Richelieu.

– Tak, panie; mam wrogów, przed którymi powinieneś mnie bronić, bo zrobiłam ich sobie, służąc Waszej Eminencji.

– Cóż to za jedni? – zapytał książę.

– Pierwszy – to mała kupcowa, znana intrygantka, nazywa się Bonacieux.

– Ona jest przecież zamknięta w więzieniu w Mantes.

– To jest była tam rzeczywiście, lecz królowa wyjednała rozkaz od króla i przeniosła ją do klasztoru.

– Do klasztoru? – zapytał książę.

– Tak, mam wiadomość pewną, że do klasztoru.

– Do którego?

– Nie wiem, tajemnica zachowana jest ściśle.

– O! ja będę wiedział!

– A czy Wasza Eminencja powie mi, w którym klasztorze ta kobieta się znajduje?

– Nie widzę powodu, dlaczego nie miałbym tego zrobić.

– Dziękuję za jedno, lecz mam drugiego wroga o wiele niebezpieczniejszego, niż pani Bonacieux.

– Któż to jest?

– Jej kochanek.

– Jak on się nazywa?

– O! Wasza wielebność zna go doskonale – krzyknęła milady uniesiona gniewem – to nasz wspólny zły duch, to on w spotkaniu z gwardją Waszej Eminencji przechylił zwycięstwo na stronę muszkieterów królewskich; to on przebił szpadą trzykrotnie de Wardes‘a, wysłańca Eminencji, to z jego winy nie udała się sprawa z brylantami; on to nakoniec, wiedząc, że to ja porwałam panią Bonacieux, zaprzysiągł mi śmierć.

– Aha! – rzekł kardynał – wiem już, o kim chcesz mówić.

– Ja mówię o tym łotrze, d‘Artagnanie.

– To dzielny młodzieniec – rzekł kardynał.

– Dlatego właśnie, że taki dzielny, jest tem niebezpieczniejszy.

– Trzebaby posiadać dowody porozumiewania się jego z księciem Buckinghamem.

– Dowody! mam ich dziesięć!

– W takim razie to bardzo łatwo, pokaż mi je, a wyślę go do Bastylji.

– Dobrze Eminencjo! a co potem?

– Kto się dostanie do Bastylji, niema dla takiego przyszłości – rzekł kardynał ponuro. – O! na Boga, gdyby mi tak łatwo przychodziło pozbyć się moich wrogów, jak twoich osobistych, i gdybyś tylko o takich ukaranie prosiła…

– Eminencjo, sztuka za sztukę, życie za życie, człowiek za człowieka; oddaj mi tego, ja ci tamtego oddam.

– Nie wiem, co chcesz powiedzieć – odparł kardynał – nawet wiedzieć nie chcę; chcę ci się przysłużyć i nie widzę nic niestosownego w daniu ci tego, czego pragniesz, dla ukarania tak nieznacznej osobistości; tembardziej, że, jak powiadasz, d‘Artagnan jest bezbożnikiem, pojedynkowiczem i zdrajcą.

– Pozbawiony czci wszelkiej, Eminencjo… podły…

– Podaj mi papier, pióro i atrament – rzekł kardynał.

– Oto jest, Eminencjo.

Nastała cisza chwilowa, dowodząca, iż Richelieu namyślał się, co ma pisać. Athos nie stracił ani słowa z rozmowy, wziął teraz za ręce przyjaciół i pociągnął w drugi koniec pokoju.

– Czego chcesz? – odezwał się Porthos – czemu nie pozwalasz nam słuchać dalej.

– Sza! – rzekł Athos po cichu – słyszeliśmy wszystko, co potrzeba; wreszcie nie bronię wam słuchać, tylko sam wyjść stąd muszę.

– Chcesz wyjść – rzekł Porthos – lecz jeżeli kardynał cię zawezwie, cóż mu odpowiemy?

– Nie czekajcie aż mnie zawoła, powiedzcie mu pierwsi, iż wyjechałem na zwiady, ponieważ ze słów gospodarza zmiarkowałem, że drogi nie są bezpieczne; powiem też słów parę giermkowi kardynała; reszta do mnie należy, bądźcie spokojni.

– Bądź ostrożny, Athosie! – rzekł Aramis.

– Nie turbujcie się – wiecie, że mam krew zimną.

Porthos i Aramis usiedli napowrót przy lufcie piecowym. Athos zaś wyszedł śmiało, nie kryjąc się wcale, odwiązał konia od kółka przy okiennicy, przekonał kilkoma słowami giermka o potrzebie pojechania naprzód, obejrzał starannie proch na panewce pistoletu, wziął szpadę w zęby i poleciał, jak potępieniec, drogą, prowadzącą do obozu!

СкороКнижный режим