Оглавление
Читать другие книги
- Grażyna Читать онлайн
- Страдания юного Вертера Читать онлайн
- Żywila Читать онлайн
- Голем Читать онлайн
- Приключения Саида Читать онлайн
- Петербургские повести Читать онлайн
- Сонеты Читать онлайн
- История России в рассказах для детей Читать онлайн
- Всего лишь скрипач Читать онлайн
- Дон Кихот Читать онлайн
- Квентин Дорвард Читать онлайн
- Снежная королева Читать онлайн
Dovete adunque sapere come sono due generazioni da combattere….. bisogna essere volpe e leone.1
Bonawenturze i Joannie Zaleskim na pamiątkę lata tysiąc ośmset dwudziestego siódmego poświęca
Wstęp
Sto lat mijało, jak zakon krzyżowyWe krwi pogaństwa północnego brodził;Już Prusak szyję uchylił w okowyLub ziemię oddał, a z duszą uchodził;Niemiec za zbiegiem rozpuścił gonitwy,Więził, mordował, aż do granic Litwy.
Niemen rozdziela Litwinów od wrogów:Po jednej stronie błyszczą świątyń szczytyI szumią lasy, pomieszkania bogów;Po drugiej stronie, na pagórku wbityKrzyż, godło Niemców, czoło kryje w niebie,Groźne ku Litwie wyciąga ramiona,Jak gdyby wszystkie ziemie Palemona2Chciał z góry objąć i garnąć pod siebie.
Z tej strony tłumy litewskiej młodzieży,W kołpakach rysich3, w niedźwiedziej odzieży,Z łukiem na plecach, z dłonią pełną grotów,Snują się, śledząc niemieckich obrotów4.Po drugiej stronie, w szyszaku i zbroi,Niemiec na koniu nieruchomy stoi;Oczy utkwiwszy w nieprzyjaciół szaniec,Nabija strzelbę i liczy różaniec.
I ci, i owi pilnują przeprawy.Tak Niemen, dawniej sławny z gościnności,Łączący bratnich narodów dzierżawy,Już teraz dla nich był progiem wieczności;I nikt, bez straty życia lub swobody,Nie mógł przestąpić zakazanej wody.Tylko gałązka litewskiego chmielu,Wdziękami pruskiej topoli nęcona,Pnąc się po wierzbach i po wodnym zielu,Śmiałe, jak dawniej, wyciąga ramionaI rzekę kraśnym5 przeskakując wiankiem,Na obcym brzegu łączy się z kochankiem.Tylko słowiki kowieńskiej dąbrowy6,Z bracią swoimi zapuszczańskiej góry,Wiodą, jak dawniej, litewskie rozmowy,Lub, swobodnymi wymknąwszy się pióry7,Latają w gości na spólne8 ostrowy9.
A ludzie? – ludzi rozdzieliły boje!Dawna Prusaków i Litwy zażyłośćPoszła w niepamięć: tylko czasem miłośćI ludzi zbliża… Znałem ludzi dwoje.
O Niemnie! Wkrótce runą do twych brodówŚmierć i pożogę niosące szeregi;I twoje dotąd szanowane brzegiTopor z zielonych ogołoci wianków,Huk dział wystraszy słowiki z ogrodów;Co przyrodzenia10 związał łańcuch złoty,Wszystko rozerwie nienawiść narodów;Wszystko rozerwie… Lecz serca kochankówZłączą się znowu w pieśniach wajdeloty11.
I Obiór12
Z Maryjenburskiej13 wieży zadzwoniono,Działa zagrzmiały, w bębny uderzono:Dzień uroczysty w Krzyżowym Zakonie.Zewsząd komtury14 do stolicy śpieszą.Kędy zebrani w kapituły gronie,Wezwawszy Ducha Świętego uradzą,Na czyich piersiach wielki krzyż zawiesząI w czyje ręce wielki miecz15 oddadzą.Na radach spłynął dzień jeden i drugi,Bo wielu mężów staje do zawodu;A wszyscy równie wysokiego rodu,I wszystkich równe w Zakonie zasługi;Dotąd powszechna między bracią zgodaNad wszystkich wyżej stawi Wallenroda. On cudzoziemiec, w Prusach nieznajomy,Sławą napełnił zagraniczne domy16:Czy Maurów ścigał na kastylskich górach,Czy Ottomana przez morskie odmęty,W bitwach na czele, pierwszy był na murach,Pierwszy zahaczał pohańców okręty;I na turniejach, skoro wstąpił w szranki,Jeżeli raczył przyłbicę odsłonić,Nikt się nie ważył na ostre z nim gonić17,Pierwsze mu zgodnie ustępując wianki. Nie tylko między krzyżowymi roty18Wsławił orężem młodociane lata,Zdobią go wielkie chrześcijańskie cnoty:Ubóstwo, skromność i pogarda świata. Konrad nie słynął w przydwornym naciskuGładkością mowy, składnością ukłonów;Ani swej broni dla podłego zyskuNie przedał w służbę niezgodnych baronów.Klasztornym murom wiek poświęcił młody;Wzgardził oklaski i górne urzędy19;Nawet zacniejsze i słodsze nagrody,Minstrelów hymny i piękności względyNie przemawiały do zimnego ducha.Wallenrod pochwał obojętnie słucha,Na kraśne lica pogląda20 z daleka,Od czarującej rozmowy ucieka. Czy był nieczułym, dumnym z przyrodzenia,Czy stał się z wiekiem – bo choć jeszcze młody,Już włos miał siwy i zwiędłe jagody,Napiętnowane starością cierpienia —Trudno odgadnąć.Zdarzały się chwile,W których zabawy młodzieży podzielał,Nawet niewieścich gwarów słuchał mile,Na żarty dworzan żartami odstrzelałI sypał damom grzecznych słówek krocie,Z zimnym uśmiechem, jak dzieciom łakocie:Były to rzadkie chwile zapomnienia…I wkrótce lada słówko obojętne,Które dla drugich nie miało znaczenia,W nim obudzało wzruszenia namiętne;Słowa: ojczyzna, powinność, kochanka,O krucyjatach i o Litwie wzmianka,Nagle wesołość Wallenroda truły;Słysząc je, znowu odwracał oblicze,Znowu na wszystko stawał się nieczułyI pogrążał się w dumy tajemnicze.Może, wspomniawszy świętość powołania,Sam sobie ziemskich słodyczy zabrania.Jedne znał tylko przyjaźni słodycze,Jednego tylko wybrał przyjaciela,Świętego cnotą i pobożnym stanem:Był to mnich siwy, zwano go Halbanem.On Wallenroda samotność podziela;On był i duszy jego spowiednikiem,On był i serca jego powiernikiem.Szczęśliwa przyjaźń! Świętym jest na ziemi,Kto umiał przyjaźń zabrać ze świętemi. Tak naczelnicy zakonnej obradyRozpamiętują Konrada przymioty.Ale miał wadę – bo któż jest bez wady?Konrad światowej nie lubił pustoty,Konrad pijanej nie dzielił biesiady.Wszakże, zamknięty w samotnym pokoju,Gdy go dręczyły nudy lub zgryzoty,Szukał pociechy w gorącym napoju;I wtenczas zdał się wdziewać postać nową,Wtenczas twarz jego, bladą i surową,Jakiś rumieniec chorowity krasił:I wielkie, niegdyś błękitne źrenice,Które czas nieco skaził i przygasił,Ciskały dawnych ogniów błyskawice.Z piersi żałosne westchnienie uciekaI łzą perłową nabrzmiewa powieka,Dłoń lutni szuka, usta pieśni leją,Pieśni nucone cudzoziemską mową,Lecz je słuchaczów serca rozumieją:Dosyć usłyszeć muzykę grobową,Dosyć uważać na śpiewaka postać.W licach pamięci widać natężenie,Brwi podniesione, pochyłe wejrzenieChcące z głębiny ziemnej coś wydostać:Jakiż być może pieśni jego wątek?Zapewne myślą w obłędnych pogoniach,Ściga swą młodość na przeszłości toniach…Gdzież dusza jego? – W krainie pamiątek. Lecz nigdy ręka, w muzycznym zapędzie,Z lutni weselszych tonów nie dobędzie;I lica jego niewinnych uśmiechówZdają się lękać, jak śmiertelnych grzechów.Wszystkie uderza struny po kolei,Prócz jednej struny – prócz struny wesela.Wszystkie uczucia słuchacz z nim podziela,Oprócz jednego uczucia – nadziei. Nieraz go bracia zeszli21 niespodzianieI nadzwyczajnej dziwili się zmianie:Konrad, zbudzony, zżymał się22 i gniewał,Porzucał lutnię i pieśni nie śpiewał;Wymawiał głośno bezbożne wyrazy,Coś Halbanowi szeptał po kryjomu,Krzyczał na wojska, wydawał rozkazy,Straszliwie groził, nie wiadomo komu.Trwożą się bracia… Stary Halban siadaI wzrok zatapia w oblicze Konrada,Wzrok przenikliwy, chłodny i surowy,Pełen jakowejś tajemnej wymowy.Czy coś wspomina, czyli coś doradza,Czy trwogę w sercu Wallenroda budzi:Zaraz mu chmurne czoło wypogadza,Oczy przygaszą i oblicze studzi. Tak na igrzysku, kiedy lwów dozorca,Sprosiwszy pany, damy, i rycerze,Rozłamie kratę żelaznego dworca,Da hasło trąbą: wtem królewskie zwierzęGrzmi z głębi piersi, strach na widzów pada;Jeden dozorca kroku nie poruszy,Spokojnie ręce na piersiach zakłada,I lwa potężnie uderzy – oczyma;Tym nieśmiertelnej talizmanem duszyMoc bezrozumną na uwięzi trzyma23.
Z Maryjenburskiej13 wieży zadzwoniono,Działa zagrzmiały, w bębny uderzono:Dzień uroczysty w Krzyżowym Zakonie.Zewsząd komtury14 do stolicy śpieszą.Kędy zebrani w kapituły gronie,Wezwawszy Ducha Świętego uradzą,Na czyich piersiach wielki krzyż zawiesząI w czyje ręce wielki miecz15 oddadzą.Na radach spłynął dzień jeden i drugi,Bo wielu mężów staje do zawodu;A wszyscy równie wysokiego rodu,I wszystkich równe w Zakonie zasługi;Dotąd powszechna między bracią zgodaNad wszystkich wyżej stawi Wallenroda.
On cudzoziemiec, w Prusach nieznajomy,Sławą napełnił zagraniczne domy16:Czy Maurów ścigał na kastylskich górach,Czy Ottomana przez morskie odmęty,W bitwach na czele, pierwszy był na murach,Pierwszy zahaczał pohańców okręty;I na turniejach, skoro wstąpił w szranki,Jeżeli raczył przyłbicę odsłonić,Nikt się nie ważył na ostre z nim gonić17,Pierwsze mu zgodnie ustępując wianki.
Nie tylko między krzyżowymi roty18Wsławił orężem młodociane lata,Zdobią go wielkie chrześcijańskie cnoty:Ubóstwo, skromność i pogarda świata.
Konrad nie słynął w przydwornym naciskuGładkością mowy, składnością ukłonów;Ani swej broni dla podłego zyskuNie przedał w służbę niezgodnych baronów.Klasztornym murom wiek poświęcił młody;Wzgardził oklaski i górne urzędy19;Nawet zacniejsze i słodsze nagrody,Minstrelów hymny i piękności względyNie przemawiały do zimnego ducha.Wallenrod pochwał obojętnie słucha,Na kraśne lica pogląda20 z daleka,Od czarującej rozmowy ucieka.
Czy był nieczułym, dumnym z przyrodzenia,Czy stał się z wiekiem – bo choć jeszcze młody,Już włos miał siwy i zwiędłe jagody,Napiętnowane starością cierpienia —Trudno odgadnąć.Zdarzały się chwile,W których zabawy młodzieży podzielał,Nawet niewieścich gwarów słuchał mile,Na żarty dworzan żartami odstrzelałI sypał damom grzecznych słówek krocie,Z zimnym uśmiechem, jak dzieciom łakocie:Były to rzadkie chwile zapomnienia…I wkrótce lada słówko obojętne,Które dla drugich nie miało znaczenia,W nim obudzało wzruszenia namiętne;Słowa: ojczyzna, powinność, kochanka,O krucyjatach i o Litwie wzmianka,Nagle wesołość Wallenroda truły;Słysząc je, znowu odwracał oblicze,Znowu na wszystko stawał się nieczułyI pogrążał się w dumy tajemnicze.Może, wspomniawszy świętość powołania,Sam sobie ziemskich słodyczy zabrania.Jedne znał tylko przyjaźni słodycze,Jednego tylko wybrał przyjaciela,Świętego cnotą i pobożnym stanem:Był to mnich siwy, zwano go Halbanem.On Wallenroda samotność podziela;On był i duszy jego spowiednikiem,On był i serca jego powiernikiem.Szczęśliwa przyjaźń! Świętym jest na ziemi,Kto umiał przyjaźń zabrać ze świętemi.
Tak naczelnicy zakonnej obradyRozpamiętują Konrada przymioty.Ale miał wadę – bo któż jest bez wady?Konrad światowej nie lubił pustoty,Konrad pijanej nie dzielił biesiady.Wszakże, zamknięty w samotnym pokoju,Gdy go dręczyły nudy lub zgryzoty,Szukał pociechy w gorącym napoju;I wtenczas zdał się wdziewać postać nową,Wtenczas twarz jego, bladą i surową,Jakiś rumieniec chorowity krasił:I wielkie, niegdyś błękitne źrenice,Które czas nieco skaził i przygasił,Ciskały dawnych ogniów błyskawice.Z piersi żałosne westchnienie uciekaI łzą perłową nabrzmiewa powieka,Dłoń lutni szuka, usta pieśni leją,Pieśni nucone cudzoziemską mową,Lecz je słuchaczów serca rozumieją:Dosyć usłyszeć muzykę grobową,Dosyć uważać na śpiewaka postać.W licach pamięci widać natężenie,Brwi podniesione, pochyłe wejrzenieChcące z głębiny ziemnej coś wydostać:Jakiż być może pieśni jego wątek?Zapewne myślą w obłędnych pogoniach,Ściga swą młodość na przeszłości toniach…Gdzież dusza jego? – W krainie pamiątek.
Lecz nigdy ręka, w muzycznym zapędzie,Z lutni weselszych tonów nie dobędzie;I lica jego niewinnych uśmiechówZdają się lękać, jak śmiertelnych grzechów.Wszystkie uderza struny po kolei,Prócz jednej struny – prócz struny wesela.Wszystkie uczucia słuchacz z nim podziela,Oprócz jednego uczucia – nadziei.
Nieraz go bracia zeszli21 niespodzianieI nadzwyczajnej dziwili się zmianie:Konrad, zbudzony, zżymał się22 i gniewał,Porzucał lutnię i pieśni nie śpiewał;Wymawiał głośno bezbożne wyrazy,Coś Halbanowi szeptał po kryjomu,Krzyczał na wojska, wydawał rozkazy,Straszliwie groził, nie wiadomo komu.Trwożą się bracia… Stary Halban siadaI wzrok zatapia w oblicze Konrada,Wzrok przenikliwy, chłodny i surowy,Pełen jakowejś tajemnej wymowy.Czy coś wspomina, czyli coś doradza,Czy trwogę w sercu Wallenroda budzi:Zaraz mu chmurne czoło wypogadza,Oczy przygaszą i oblicze studzi.
Tak na igrzysku, kiedy lwów dozorca,Sprosiwszy pany, damy, i rycerze,Rozłamie kratę żelaznego dworca,Da hasło trąbą: wtem królewskie zwierzęGrzmi z głębi piersi, strach na widzów pada;Jeden dozorca kroku nie poruszy,Spokojnie ręce na piersiach zakłada,I lwa potężnie uderzy – oczyma;Tym nieśmiertelnej talizmanem duszyMoc bezrozumną na uwięzi trzyma23.
II Z Maryjenburskiej wieży zadzwoniono.Z obradnej sali idą do kaplicy:Najpierwszy komtur, wielcy urzędnicy,Kapłani, bracia i rycerzy grono.Nieszpornych modłów24 kapituła słuchaI śpiewa hymny do Świętego Ducha.
Z Maryjenburskiej wieży zadzwoniono.Z obradnej sali idą do kaplicy:Najpierwszy komtur, wielcy urzędnicy,Kapłani, bracia i rycerzy grono.Nieszpornych modłów24 kapituła słuchaI śpiewa hymny do Świętego Ducha.
Hymn Duchu, Światło Boże! Gołąbko Syjonu! Dziś chrześcijański świat, ziemne podnoże Twojego tronu, Widomą25 oświeć postaciąI roztocz skrzydła nad syjońską bracią. Spod twych skrzydeł niech wystrzeli Słonecznymi promień blaski, I kto najświętszej godniejszy łaski,Temu niech złotym wieńcem skronie rozweseli;A padniem na twarz syny człowieka,Temu, nad kim spoczywa twych skrzydeł opieka. Synu Zbawicielu! Skinieniem wszechmocnej ręki Naznacz, kto z wielu Najgodniejszy słynąć Świętym znakiem twojej męki,Piotra mieczem hetmanić żołnierstwu twej wiary I przed oczyma pogaństwa rozwinąć Królestwa twego sztandary;A syn ziemi niech czoło i serce uniżaPrzed tym, na czyich piersiach błyśnie gwiazda krzyża.* Po modłach wyszli. Arcykomtur26 zlecił,Spocząwszy nieco, powracać do choruI znowu błagać, aby Bóg oświeciłKapłanów, braci i mężów obioru. Wyszli nocnymi orzeźwić się chłody:Jedni zasiedli zamkowy krużganek,Drudzy przechodzą gaje i ogrody.Noc była cicha, majowej pogody;Z dala niepewny wyglądał poranek;Księżyc, obiegłszy błonie szafirowe,Z odmiennym licem, z różnym blaskiem w oku,Drzemiąc to w ciemnym, to w srebrnym obłoku,Zniżał swą cichą i samotną głowę;Jak dumający w pustyni kochanek,Obiegłszy myślą całe życia koło,Wszystkie nadzieje, słodycze, cierpienia,To łzy wylewa, to spojrzy wesoło,Wreszcie ku piersiom zmordowane czołoSkłania – i wpada w letarg zamyślenia. Przechadzką inni bawią się rycerze.Lecz arcykomtur chwil darmo nie traci:Zaraz Halbana i celniejszych braciWzywa do siebie i na stronę bierze,Aby z daleka od ciekawej rzeszyZasięgnąć rady, udzielić przestrogi.Wychodzi z zamku, na równinę spieszy.Tak rozmawiając, nie pilnując drogi,Błądzili kilka godzin w okolicy,Blisko spokojnych jeziora wybrzeży.Już ranek: pora wracać do stolicy;Stają… głos jakiś… skąd… z narożnej wieży:Słuchają pilnie – to głos pustelnicy.W tej wieży dawno, przed laty dziesięciu,Jakaś nieznana pobożna niewiasta,Z dala przybywszy do Maryi miasta —Czy ją natchnęło niebo w przedsięwzięciu,Czy skażonego sumienia wyrzutyPragnąc ukoić balsamem pokuty —Pustelniczego szukała ukryciaI tu znalazła grobowiec za życia27. Długo nie chcieli zezwalać kapłani,Wreszcie, stałością prośby przełamani,Dali jej w wieży samotne schronienie.Ledwie stanęła za święconym progiem,Na próg zwalono cegły i kamienie:Została sama z myślami i Bogiem;I bramę, co ją od żyjących dzieli,Chyba w dzień sądny odemkną anieli. U góry małe okienko i krata,Kędy pobożny lud słał pożywienie,A niebo wietrzyk i dzienne promienie.Biedna grzesznico! Czyż nienawiść świataDo tyla28 umysł skołatała młody,Że się obawiasz słońca i pogody?Zaledwie w swoim zamknęła się grobie,Nikt jej nie widział przy okienku wieżyPrzyjmować w usta wiatru oddech świeży,Oglądać niebo w pogodnej ozdobieI miłe kwiaty na ziemnym29 obszarze,I stokroć milsze swoich bliźnich twarze. Wiedziano tylko, że jest dotąd w życiu:Bo nieraz jeszcze świętego pielgrzyma,Gdy nocą przy jej błąka się ukryciu,Jakiś dźwięk miły na chwilę zatrzyma;Dźwięk to zapewne pobożnej piosenki.I z pruskich wiosek, gdy zebrane dzieciIgrają w wieczór u bliskiej dąbrowy,Natenczas z okna coś białego świeci,Jak gdyby promyk wschodzącej jutrzenki:Czy to jej włosa pukiel bursztynowy,Czyli to połysk drobnej śnieżnej ręki,Błogosławiącej niewiniątek głowy…Komtur, tamtędy obróciwszy kroki,Słyszy, gdy wieżę narożną pomijał30:«Tyś Konrad!… Przebóg, spełnione wyroki!Ty masz być mistrzem, abyś ich zabijał!…Czyż nie poznają?… Ukrywasz daremnie…Chociażbyś jak wąż inne przybrał ciało:Jeszcze by w twojej duszy pozostałoWiele dawnego – wszak zostało we mnie!Chociażbyś wrócił po twoim pogrzebie,Jeszcze Krzyżacy poznaliby ciebie…»Słucha rycerstwo: to głos pustelnicy!Spojrzą na kratę: zda się pochylona,Zda się ku ziemi wyciągać ramiona —Do kogóż?… Pusto w całej okolicy.Z daleka tylko jakiś blask uderza,Na kształt płomyka stalowej przyłbicy,I cień na ziemi… czy to płaszcz rycerza?Już znikło… Pewnie złudzenie źrenicy,Pewnie jutrzenki błysnął wzrok rumiany,Po ziemi ranne przemknęły tumany31. «Bracia! – rzekł Halban – dziękujmy niebiosom,Pewnie wyroki niebios nas przywiodły:Ufajmy wieszczym pustelnicy głosom.Czy słyszeliście? Wieszczba o Konradzie:Konrad dzielnego imię Wallenroda!Stójmy, brat bratu niechaj rękę poda;Słowo rycerskie: na jutrzejszej radzie,On mistrzem naszym!…»32«Zgoda – krzykną – zgoda!» I poszli krzycząc. Długo po dolinieOdgłos tryumfu i radości bije:«Konrad niech żyje, wielki mistrz niech żyje!Niech żyje Zakon, niech pogaństwo zginie!» Halban pozostał mocno zamyślony;Na wołających okiem wzgardy rzucił,Spojrzał ku wieży i cichymi tonyTaką piosenkę odchodząc zanucił.
Duchu, Światło Boże! Gołąbko Syjonu! Dziś chrześcijański świat, ziemne podnoże Twojego tronu, Widomą25 oświeć postaciąI roztocz skrzydła nad syjońską bracią. Spod twych skrzydeł niech wystrzeli Słonecznymi promień blaski, I kto najświętszej godniejszy łaski,Temu niech złotym wieńcem skronie rozweseli;A padniem na twarz syny człowieka,Temu, nad kim spoczywa twych skrzydeł opieka. Synu Zbawicielu! Skinieniem wszechmocnej ręki Naznacz, kto z wielu Najgodniejszy słynąć Świętym znakiem twojej męki,Piotra mieczem hetmanić żołnierstwu twej wiary I przed oczyma pogaństwa rozwinąć Królestwa twego sztandary;A syn ziemi niech czoło i serce uniżaPrzed tym, na czyich piersiach błyśnie gwiazda krzyża.
Po modłach wyszli. Arcykomtur26 zlecił,Spocząwszy nieco, powracać do choruI znowu błagać, aby Bóg oświeciłKapłanów, braci i mężów obioru.
Wyszli nocnymi orzeźwić się chłody:Jedni zasiedli zamkowy krużganek,Drudzy przechodzą gaje i ogrody.Noc była cicha, majowej pogody;Z dala niepewny wyglądał poranek;Księżyc, obiegłszy błonie szafirowe,Z odmiennym licem, z różnym blaskiem w oku,Drzemiąc to w ciemnym, to w srebrnym obłoku,Zniżał swą cichą i samotną głowę;Jak dumający w pustyni kochanek,Obiegłszy myślą całe życia koło,Wszystkie nadzieje, słodycze, cierpienia,To łzy wylewa, to spojrzy wesoło,Wreszcie ku piersiom zmordowane czołoSkłania – i wpada w letarg zamyślenia.
Przechadzką inni bawią się rycerze.Lecz arcykomtur chwil darmo nie traci:Zaraz Halbana i celniejszych braciWzywa do siebie i na stronę bierze,Aby z daleka od ciekawej rzeszyZasięgnąć rady, udzielić przestrogi.Wychodzi z zamku, na równinę spieszy.Tak rozmawiając, nie pilnując drogi,Błądzili kilka godzin w okolicy,Blisko spokojnych jeziora wybrzeży.Już ranek: pora wracać do stolicy;Stają… głos jakiś… skąd… z narożnej wieży:Słuchają pilnie – to głos pustelnicy.W tej wieży dawno, przed laty dziesięciu,Jakaś nieznana pobożna niewiasta,Z dala przybywszy do Maryi miasta —Czy ją natchnęło niebo w przedsięwzięciu,Czy skażonego sumienia wyrzutyPragnąc ukoić balsamem pokuty —Pustelniczego szukała ukryciaI tu znalazła grobowiec za życia27.
Długo nie chcieli zezwalać kapłani,Wreszcie, stałością prośby przełamani,Dali jej w wieży samotne schronienie.Ledwie stanęła za święconym progiem,Na próg zwalono cegły i kamienie:Została sama z myślami i Bogiem;I bramę, co ją od żyjących dzieli,Chyba w dzień sądny odemkną anieli.
U góry małe okienko i krata,Kędy pobożny lud słał pożywienie,A niebo wietrzyk i dzienne promienie.Biedna grzesznico! Czyż nienawiść świataDo tyla28 umysł skołatała młody,Że się obawiasz słońca i pogody?Zaledwie w swoim zamknęła się grobie,Nikt jej nie widział przy okienku wieżyPrzyjmować w usta wiatru oddech świeży,Oglądać niebo w pogodnej ozdobieI miłe kwiaty na ziemnym29 obszarze,I stokroć milsze swoich bliźnich twarze.
Wiedziano tylko, że jest dotąd w życiu:Bo nieraz jeszcze świętego pielgrzyma,Gdy nocą przy jej błąka się ukryciu,Jakiś dźwięk miły na chwilę zatrzyma;Dźwięk to zapewne pobożnej piosenki.I z pruskich wiosek, gdy zebrane dzieciIgrają w wieczór u bliskiej dąbrowy,Natenczas z okna coś białego świeci,Jak gdyby promyk wschodzącej jutrzenki:Czy to jej włosa pukiel bursztynowy,Czyli to połysk drobnej śnieżnej ręki,Błogosławiącej niewiniątek głowy…Komtur, tamtędy obróciwszy kroki,Słyszy, gdy wieżę narożną pomijał30:«Tyś Konrad!… Przebóg, spełnione wyroki!Ty masz być mistrzem, abyś ich zabijał!…Czyż nie poznają?… Ukrywasz daremnie…Chociażbyś jak wąż inne przybrał ciało:Jeszcze by w twojej duszy pozostałoWiele dawnego – wszak zostało we mnie!Chociażbyś wrócił po twoim pogrzebie,Jeszcze Krzyżacy poznaliby ciebie…»Słucha rycerstwo: to głos pustelnicy!Spojrzą na kratę: zda się pochylona,Zda się ku ziemi wyciągać ramiona —Do kogóż?… Pusto w całej okolicy.Z daleka tylko jakiś blask uderza,Na kształt płomyka stalowej przyłbicy,I cień na ziemi… czy to płaszcz rycerza?Już znikło… Pewnie złudzenie źrenicy,Pewnie jutrzenki błysnął wzrok rumiany,Po ziemi ranne przemknęły tumany31.
«Bracia! – rzekł Halban – dziękujmy niebiosom,Pewnie wyroki niebios nas przywiodły:Ufajmy wieszczym pustelnicy głosom.Czy słyszeliście? Wieszczba o Konradzie:Konrad dzielnego imię Wallenroda!Stójmy, brat bratu niechaj rękę poda;Słowo rycerskie: na jutrzejszej radzie,On mistrzem naszym!…»32«Zgoda – krzykną – zgoda!»
I poszli krzycząc. Długo po dolinieOdgłos tryumfu i radości bije:«Konrad niech żyje, wielki mistrz niech żyje!Niech żyje Zakon, niech pogaństwo zginie!»
Halban pozostał mocno zamyślony;Na wołających okiem wzgardy rzucił,Spojrzał ku wieży i cichymi tonyTaką piosenkę odchodząc zanucił.
Страницаиз11
СкороКнижный режим











