Оглавление
V
– Pietrek, przynieś no drewek – krzyknęła sprzed domu Hanka, rozmamłana była całkiem i omączona przy wyrabianiu chleba.
W szabaśniku1454 huczał już tęgi ogień, przegarniała go raz po raz i leciała obtaczać bochny i wynosić je w ganek, na deskę ździebko1455 wystawioną w słońcu, bych1456 prędzej rosły. Zwijała się siarczyście, gdyż ciasto prawie już kipiało z wielkiej dzieży1457, przyokrytej1458 pierzyną.
– Józka, dorzuć do pieca, bo trzon jeszczek1459 czarniawy!
Ale Józki nie było, a Pietrek też się nie kwapił1460 z posłuchem, nakładał w podwórzu gnój, oklepując czubaty wóz, bych1461 się nie roztrzęsał1462 po drodze, i spokojnie poredzał1463 ze ślepym dziadem, któren1464 pod stodołą wykręcał1465 powrósła1466.
Popołudniowe słońce tak jeszcze przypiekało, że ściany popuszczały żywicą, parzyła ziemia i powietrze prażyło kiej1467 żywym ogniem, że już ruchać się1468 było ciężko. Muchy jeno1469 kręciły się z brzękiem nad wozem i konie dziw nie porwały postronków i nóg nie połamały szarpiąc się i oganiając od ukąszeń.
Nad podwórzem wisiała senna, przygniatająca spieka1470, przejęta ostrym zapachem gnoju, że nawet ptaki w sadzie pocichły, kury leżały pod płotami kieby1471 nieżywe, a prosiaki z pojękiwaniem rozwalały się w błocie pod studnią, gdy naraz dziad zaczął srogo kichać, bowiem z obory zawiało jeszcze barzej1472.
– Na zdrowie wama1473, dziadku!
– Nie z trybularza wieje, nie, a chociem1474 i tego zwyczajny1475, ale zawierciło w nosie gorzej tabaki.
– Kto czego zwyczajny, to mu smakuje!
– Głupiś, cóż to, łajno jeno1476 wywąchuję po świecie!…
– Rzekłem, bo mi się przybaczyło1477, co tak mi pedział1478 mój dziadźka we wojsku, kiej1479 me1480 przy uczeniu pierwszy raz sprał po pysku…
– I wzwyczaiłeś się do tego, co? Hi! hi! hi!…
– Hale, bogać ta, kiej1481 rychło1482 sprzykrzyła mi się taka nauka, że przycapiłem ścierwę w jakimś kącie i tak mu pysk wyrychtowałem, jaże1483 spuchnął niby bania. Już me1484 potem nie bijał1485…
– Długoś to służył?
– A całe pięć roków! Nie było się czym wykupić, to i musiałem rużie dźwigać. Jeno1486 zrazu, pókim był głupi, to potyrał1487 mną, kto chciał, i biedym się najadł, ale kamraty me1488 nauczyły, że jak czego brakowało, tośwa1489 zworowali abo dała jedna dzieucha1490, służanka, bom obiecał się z nią ożenić! A jak me1491 przezywały od kartoszków1492, jak się śmiały z mojej mowy i naszego pacierza…
– A poganiny zapowietrzone, śmiały się z pacierza.
– Tom każdemu z osobna pomacał żebra i poniechały1493!
– Cie, takiś to mocarz!
– Mocarz, nie mocarz, ale trzem radę dam! – przechwalał się z uśmiechem.
– Byłeś to na wojnie, co?
– Jakże, przeciem z Turkami wojował. Pokorzylim1494 ich do cna!
– Pietrek1495, kajże1496 to drzewo? – zawołała znowu Hanka.
– A tam, kaj było przódzi1497! – odburknął pod nosem.
– Dyć1498 gospodyni cię woła – upominał nasłuchujący dziad.
– Niech woła, a juści1499, może jeszczek1500 statki1501 mył będę!
– Głuchyś czy co? – wrzasnęła wybiegając przed dom.
– W piecu palił nie będę, nie do tegom się godził! – odkrzyknął.
Wywarła na niego gębę po swojemu.
Ale parob bardzo hardo odszczekiwał, ani myśląc posłuchać, a kiej1502 go jakimś słowem barzej dojena1503, wraził1504 widły w gnój i zawołał ze złością:
– Nie z Jagusią macie sprawę, nie wygonicie me1505 krzykiem.
– Obaczysz, co ci zrobię! Popamiętasz! – groziła dotknięta do żywego i już rozeźlona tak zwijała się kole chleba, jaże1506 tuman mąki zapełnił izbę i buchał przez okna. Mamrotała jeno na zuchwalca wynosząc chleby w ganek, to dorzucając drewek do pieca albo i wyzierając1507 za dziećmi. Strudzona już była z pracy i spieki1508, bo w izbie gorąc1509 jaże dusił, a w sieniach, kaj1510 się buzowało w szabaśniku, też ledwie odzipnął1511, że przy tym i muchy, od których roiły się ściany, brzęczały nieustannie i cięły wielce dokuczliwie, to prawie z płaczem oganiała się gałęzią i tak już była spocona i rozdrażniona, że robiła coraz wolniej i niecierpliwiej.
Właśnie ostatni nabier1512 ciasta wygniatała, gdy Pietrek wyjechał z podwórza.
– Poczekaj, dam ci podwieczorek!
– Prrr! A zjem, niezgorzej już mi kruczy1513 w brzuchu po obiedzie.
– Mało to ci było?
– I… płone1514 jadło, to przelatuje przez żywot1515 kiej bez sito.
– Płone! widzisz go! Cóż to, mięso będę ci dawała? Sama po kątach też nie chlam1516 kiełbasy. Drugie1517 na przednówku i tego nie mają. Obacz no, jak to żyją komornicy.
Postawiła w ganku dzieżkę1518 zsiadłego mleka i bochen.
Przysiadł łakomie do jadła i z wolna się nadziewał1519 podrzucając niekiej1520 glonki chleba boćkowi, któren1521 przygrajdał się ze sadu i warował przy nim kiej1522 pies.
– Chude, sama serwatka – mruczał podjadłszy już nieco.
– A może byś chciał samej śmietany, poczekaj.
Zaś kiej1523 się nałożył do syta i brał za lejce, dorzuciła uszczypliwie:
– Zgódź się do Jagusi, ona ci tłuściej będzie dawała.
– Pewnie, bo póki tu ona była gospodynią, nikto1524 głodem nie przymierał – zaciął konie batem, wóz wsparł ramieniem i ruszył.
Utrafił ją w słabiznę1525, ale nim się zebrała odpowiedzieć, odjechał.
Jaskółki zaświegotały pod strzechą i stado gołębi opadło z gruchaniem na ganek, a kiej1526 je spędzała, doszedł ją ze sadu jakiś kwik, zlękła się, że świnie pyszczą1527 po cebuli, ale na szczęście to jeno1528 sąsiedzka maciora ryła się pod płot.
– Wsadź jeno ryj, a spyszcz, to już ja cię przyrychtuję1529.
A ledwie wzięła się znowu do roboty, kiej1530 bociek hycnął na ganek, przyczaił się ździebko1531 i popatrzywszy to jednym, to drugim okiem, jął kuć w bochny łykając ciasto wielkimi kawałami.
Wypadła na niego z wrzaskiem.
Uciekał z wyciągniętym dziobem robiąc gwałtownie gardzielem, a kiej go już doganiała, bych zdzielić drewnem, poderwał się i frunął na stodołę i długo tam stojał1532 klekocąc a wycierając dziób o kalenicę1533.
– Czekaj, złodzieju, jeszcze ja ci kulasy1534 poprzetrącam – groziła obtaczając na nowo podziurawione bochenki.
Przyleciała Józka, więc na niej wszystko się skrupiło.
– Kaj1535 się to nosisz1536? Cięgiem1537 ganiasz jak kot z pęcherzem! Powiem Antkowi, jakaś to robotna1538! Wygarniaj z pieca, a żywo1539!
– Byłam jeno u Płoszkowej Kasi. Wszystkie1540 w polu, a chudzinie1541 nawet wody nie ma kto podać.
– Cóż to jej, chora?
– Pewnikiem1542 ośpica1543, bo czerwona i rozpalona kiej1544 ogień.
– A przynieś ze sobą chorobę, to cię dam do śpitala1545.
– Juści, bom to już przy jednej chorej siadywała! Nie baczycie1546, jakem to przy was dulczyła1547, kiejście leżeli1548 w połogu1549. – I już trajkotała dalej po swojemu, spędzając muchy z ciasta i bierąc1550 się do wygarniania węgli z pieca.
– Trza1551 będzie ludziom ponieść podwieczorek – przerwała Hanka.
– Zaraz poletę1552. Usmażyć to jajków Antkowi?
– A usmaż, jeno słoniną nie szafuj.
– Żałujecie to?
– Zaśby1553. Ale co za tłusto, to może być i Antkowi niezdrowo.
Dzieusze1554 chciało się lecieć, to w mig uwinęła się z robotą i nim Hanka zalepiła piec, zabrała troje dwojaków1555 z mlekiem, chleby we fartuszek i poleciała.
– Spojrzyj ta na płótno, czy wyschło, a z powrotem pomocz, jeszcze do zachodu przeschnie – zawołała oknem, ale Józka już była za przełazem, jeno piesneczka1556 leciała za nią i ze żyta mignęła kiej niekiej1557 konopiasta głowina.
Na podorówce pod lasem komornice rozrzucały gnój, jaki Pietrek dowoził, a przyorywał Antek.
Że zaś ziemia gliniasta, mimo niedawnego zbronowania, była spieczona i twarda, to skiby łupały się niby skały, a konie ciągnęły pług z takim wysiłkiem, jaże1558 rwały się postronki.
Antek, jakby wrośnięty w imadła, orał zawzięcie zapomniawszy o całym świecie, czasem chlastał biczem po końskich portkach, a częściej jeno cmokaniem je przynaglał, gdyż do cna ustawały, robota bowiem była ciężka i znojna, ale kwardą1559 i czujną ręką prowadził pług i rżnął skibę za skibą, kładąc posobnie1560 szerokie, proste zagony, boć rola szła pod pszenicę.
Wrony łaziły bruzdami wydziobując glisty, zaś gniady źrebiec, szczypiący trawę po miedzy1561, rwał się raz po raz do klaczy łakomie, sięgając matczynych wymion.
– Co mu się to przypomina, cycoń jeden – mruknął Antek śmigając go po kulasach1562, że zadarł ogona i skoczył w bok, on zaś orał dalej cierpliwie, tyle jeno przerywając skwarną cichość, co się ta niekaj1563 ozwał do kobiet, ale tak już był umęczony pracą i spiekotą, że skoro Pietrek nadjechał, krzyknął w złości:
– Kobiety czekają, a ty wleczesz się kieby1564 szmaciarz!
– A juści, droga ciężka i koń ledwie już kulasami rucha.
– A po cóżeś tyla czasu stojał1565 pod lasem? Widziałem.
– Możecie obaczyć, piaskiem kiej kot nie zagarniam.
– Pyskacz ścierwa. Wio, stare, wio!
Ale konie ustawały coraz barzej, całe już okryte pianą, a i jemu, chocia był rozdziany do białych portek i koszuli, pot też zalewał twarz i ręce mdlały od pracy, że dojrzawszy Józkę zawołał radośnie:
– W sam czas przyszłaś, a to ostatnią parą dygujemy1566.
Dociągnął skibę pod bór, konie wyłożył i rozkiełznawszy je puścił na trawiastą, podleśną drogę, a sam rzucił się w cień na kraju lasu i kiej1567 wilk zgłodniały wyjadał z dwojaków, a Józka jęła mu trajkotać nad uszami.
– Ostaw me1568, nie ciekawym twoich nowinek – warknął gniewnie, że odszczeknęła gniewnie i poleciała w las na jagody.
Bór stojał cichy, rozprażony, pachnący i kieby1569 ździebko1570 przymglały w słonecznej ulewie, że jeno1571 niekiedy zaruchały się cichuśko zielone podszycia i z głębin buchał ciąg przejęty żywicą abo i jakieś pobłąkane głosy i ptasie śpiewania.
Antek rozciągnął się na trawie i kurzył1572 papierosa, ale jakby przez coraz głębszą mgłę widział dziedzica skaczącego na koniu po podleskich polach i jakichś ludzi z tykami.
Wielgachne chojary1573, kieby z miedzi wykute, wynosiły się nad nim rzucając po oczach chwiejny i morzący śpikiem1574 cień. Już się był całkiem zapadł w cichość, gdy zaturkotał jakiś wóz.
– Organistów parobek na tartak wozi, juści – pomyślał unosząc ciężką głowę i opadł z powrotem, ale już nie zasnął, gdyż ktosik1575 wyrzekł: Pochwalony!
Komornice wychodziły posobnie1576 z lasu z brzemionami drzewa na plecach, zaś w końcu wlekła się Jagustynka, zgarbiona pod ciężarem prawie do ziemi.
– Odpocznijcie, a to wama1577 już oczy na wierzch wyłażą.
Przysiadła w podle1578, wspierając brzemię o drzewo i ledwie zipiąc.
– Nie la1579 was taka robota – szepnął ze współczuciem.
– Juści, co już całkiem opadłam ze sił.
– Pietrek, a gęściej kupki, gęściej! – krzyknął do parobka. – Czemuż to waju1580 nie wyręczą?
Jeno się skrzywiła odwracając zaczerwienione, bólne1581 oczy.
– Takeście jakoś zmiękli, że ani was tera poznać.
– I krzemień puści pod młotem – jęknęła zwieszając głowę – bieda chybciej przeżre człowieka niźli rdza żelazo.
– Ciężki latoś1582 przednówek nawet la1583 gospodarzy1584.
– Kto ma jeno lebiodę1585 z otrębami, temu nie potrza1586 mówić o biedzie.
– Bójcie się Boga, dyć przyjdźcież wieczorem, a znajdzie się jeszcze w chałupie jaki korczyk1587 ziemniaków. Odrobicie we żniwa.
Zapłakała rzewliwie, nie mogąc wykrztusić tego słowa podzięki.
– A może ta i co więcej najdzie Hanka – dodał z dobrością1588.
– Żeby nie Hanka, to byśwa1589 już byli pozdychali – zaszeptała łzawo. – Juści, co odrobię, kiedy jeno będzie potrza. I nie za siebie mówię. Bóg ci zapłać! Cóż ta ja, ten śmieć jeno, co się go trepem następuje, ani wiedząc o tym, i do głodu niezgorzej wezwyczajonam, ale jak te moje robaki kochane zapiskają: babulu, jeść! a nie ma czym zatkać głodnych brzuchów, to powiedam, cobym se te kulasy odrąbała abo i z tego ołtarza zdarła i poniesła do Żyda, bych się jeno najadły.
– To znowuj siedzicie z dziećmi?
– Matkam przeciek. Ostawię to samych w takiej biedzie! A latoś1590 jakby wszystko złe zwaliło się na nich. Krowa im padła, ziemniaki zgniły, że trza1591 było kupować do sadzenia, wiater1592 obalił stodołę, a do tego synowa po rodach ostatnich cięgiem1593 chorzeje i wszyćko1594 ostało na tej boskiej Opatrzności.
– Juści, bo Wojtkowi jeno gorzałka1595 pachnie i pilno do karczmy.
– Z biedy się niekiej1596 napijał, z czystej biedy, ale jak dostał w boru robotę, to ani już zajrzy do Żyda, niech drugie1597 zaświadczą – broniła syna gorąco. – Biedocie to kużden1598 kieliszek policzą! Pofolgował1599 se Jezusiczek we złości, pofolgował, no, żeby się tak zawziąć na jednego głupiego chłopa. I za co? Cóż to złego zrobił? – mamrotała podnosząc w niebo groźne, pytające oczy.
– Małoście to na nich pomstowali? – rzekł z naciskiem.
– Hale, wysłuchałby to Jezus głupiego szczekania! Juści – ale dodała jakby trwożniej i niespokojniej – kiej matka nawet wyklina dzieci, to i tak w sercu nie pragnie im krzywdy. We złości to i ozór nie pości. Jakże…
– Wypuścił to już Wojtek łąkę, co?
– Młynarz przynosił na nią całe tysiąc złotych, ale ja wzbroniłam, bo jak temu wilkowi wpadnie co w pazury, to mu już sam zły nie wyrwie. A może się jeszcze trafi kto drugi z pieniędzmi?
– Śliczna łąka, jak amen tak pewne dwa pokosy w rok, żebym tak miał grosz zapaśny! – westchnął oblizując się kiej kot do mleka.
– Już i Maciej chcieli ją kupować, że to rychtyk przylega do Jagusinego pola.
Drgnął na to imię, lecz dopiero w jakieś Zdrowaś1600 zapytał niby niechcący, wlekąc1601 oczami po polach, daleko.
– Co się to wyrabia u Dominikowej?
Ale przejrzała go w lot, prześmiech jeno1602 wionął po zwiędłych wargach, rozjarzyły się oczy i przysunąwszy się jęła1603 mówić bolejąco:
– A co! Piekło tam i tyla. W chałupie kiej1604 po pochowku, jaże mrozi od smutku, a pociechy znikąd ni poratunku! Jeno oczy wypłakują i boskiego zmiłowania czekają! A już najbarzej Jagusia…
I kieby1605 przędzę rozsnuwała różnoście1606 o Jagusinych smutkach, żalach i opuszczeniu. Mówiła gorąco, przypochlebiając mu się i jakby ciągnąc za język, ale milczał uparcie, gdyż z nagła rozparła go taka żrąca tęsknica, jaże1607 się cały rozdygotał.
Szczęściem, co powróciła Józka niosąc z pól zapaski czernic1608, nasypała mu jagód w kapelusz i zebrawszy dwojaki pobiegła w dyrdy1609 ku chałupie.
A Jagustynka nie doczekawszy się od niego ani słowa odpowiedzi jęła się dźwigać stękający.
– Poniechajcie! Pietrek, zabierz ich na wóz! – rozkazał krótko.
Chycił1610 się znowu pługa i jakiś czas cierpliwie krajał spieczoną, twardą ziemię, przyginał się w jarzmie kiej1611 wół, dawał się wszystek tej pracy, ale i tak nie zdusił tęsknicy.
Już mu się dłużył dzień, że raz po raz spozierał1612 na słońce i niecierpliwymi oczami mierzył pole, spory kawał leżał jeszcze do zaorania. Jurzył się1613 też w sobie coraz barzej i nie wiada1614 laczego1615 prał konie, a ostro krzykał na kobiety, bych1616 się prędzej ruchały1617! Tak go już cosik1618 ponosiło, że ledwie ścierpiał, i takie myśle1619 kłębiły się po głowie i przyćmiewały oczy, że coraz częściej pług mu się w rękach chybotał zadzierając1620 o kamienie, zaś pod lasem tak się był zarył1621 pod jakiś korzeń, aż krój1622 się oberwał.
Nie było sposobu dalej orać, zabrał więc pług na sanice i założywszy wałacha pojechał do dom1623 po nowy.
W chałupie było pusto i wszystko leżało rozbabrane i zamączone, a Hanka kłóciła się z kimś w sadzie.
– Paparuch! Na sprzeczki to czas ma! – mruczał idąc w podwórze, ale tam zeźlił się barzej, gdyż i ten drugi pług, któren1624 wyciągnął spod szopy, zarówno był do niczego. Długo koło niego majstrował coraz niecierpliwiej, nasłuchując kłótni, bo Hanka już wykrzykiwała rozwścieklona:
– Zapłać szkody, to ci maciorę wypuszczę, a nie, to podam do sądu! Zapłać za płótno, co mi je zwiesną1625 podarła na bielniku, i za te spyskane1626 ziemniaki. Mam świadków na wszystko! Widzisz ją, jaka mądra, będzie se świnie wypasała na moim! Nie daruję swojego! A na drugi raz to twojej maciorze i tobie kulasy1627 poprzetrącam! – jazgotała zajadle, że zaś i sąsiadka dłużną nie ostawała, to już kłóciły się na zabój, wytrząchając do się przez płoty zaciśniętymi pięściami.
– Hanka! – krzyknął zakładając se1628 pług na ramiona.
Przyleciała rozwrzeszczana i rozczapierzona kiej kokosz.
– A to wydzierasz się, jaże1629 na całą wieś słychać!
– Swojego bronię! Jakże, pozwolę to, bych1630 mi cudze świnie pyskały po zagonach! Tyla szkody robią, to mam być cicho? Niedoczekanie, nie daruję! – wykrzykiwała, jaże1631 przerwał jej ostro:
– Ogarnij się, a to wyglądasz kiej1632 nieboskie stworzenie!
– Hale, do roboty będę się przybierała kiej do kościoła, juści1633.
Popatrzył na nią wzgardliwie, boć wyglądała, jakby ją kto wyciągnął spod łóżka, i rzuciwszy ramionami poszedł.
Kowal był przy robocie; już z dala szczękały brzękliwe, mocne głosy młotów, a w kuźni huczał ogień i było gorąco kiej w piekle. Michał właśnie był odkuwał z pomocnikiem jakieś grubachne sztaby, pot mu zalewał twarz umorusaną, ale kuł niestrudzenie i jakby z zajadłością.
– Komuż to takie sielne1634 osie?
– Do Płoszkowego woza! Będzie woził na tartak!
Antek przysiadł na progu skręcając sobie papierosa.
Młoty wciąż biły zajadle, trzaskając nieustannie raz, dwa, raz, dwa, i czerwone żelazo bite ze wszystkiej mocy robiło się powolne1635 kieby1636 ciasto, ugniatali go też na swoją potrzebę, jaże1637 cała kuźnia dygotała.
– Nie chciałbyś to wozić? – rzekł Michał wsadzając żelazo w ognisko i poruchując1638 miechem.
– A bo to me1639 młynarz dopuści, ponoć wzion1640 wożenie na spółkę z organistą i ze Żydami jest za pan brat.
– Konie masz, porządek1641 wszystek gotowy, a parob jeno się wałęsa kole1642 chałupy. Niezgorzej płacą – szepnął zachętliwie.
– Juści, co1643 przydałby się jakiś grosz na żniwo, ale cóż, młynarza przeciech1644 o pomoc prosił nie będę.
– Trza1645 by ci pomówić z kupcami.
– Abo to je1646 znam! Byś to chciał wstawić się za mną!
– Kiej prosisz, to pomówię, jeszcze dzisia1647 do nich poletę1648.
Antek cofnął się prędko przed kuźnię, gdyż znowuj1649 zagrały młoty i iskry sypnęły się deszczem ognistym i parzącym.
– Zaraz przyjdę, obaczę jeno1650, jakie to drzewo zwożą.
I na tartaku robota wrzała kiej1651 w ulu, traczka1652 już szła bez przerwy, piły z głuchym zgrzytem przeżerały długachne kloce, a woda z krzykiem waliła się z kół w rzekę i spieniona, zmordowana, gotowała się bełkotliwie w ciasnych brzegach. Z wozów zwalali chojary, ledwie okrzesane z gałęzi, aż ziemia jęczała, zaś sześciu chłopa obciesywało1653 je do kantu, a drugie wynosiły deski na słońce.
Mateusz prowadził całą fabrykę, że co trochę widać go było w innej stronie, dzielnie zwijał się rządząc i bacznie wszystkiego doglądając.
Przywitali się przyjacielsko.
– A kajże1654 to Bartek? – pytał Antek rozglądając się po ludziach.
– Zmierziły mu się Lipce1655 i pociągnął za wiatrem.
– Że to poniektórych tak cięgiem1656 telepie po świecie! Roboty widać masz na długo, tylachna1657 drzewa!
– A chwaci1658 na jaki rok abo1659 i dłużej. Jak dziedzic ugodzi się ze wszystkimi, to z pół boru wytnie i przeda.
– Na Podlesiu znowuj1660 dzisiaj rozmierzają ziemię.
– Bo już co dnia zgłasza się ktosik1661 do zgody! Barany juchy, nie chciały cię słuchać, żeby gromadą się ugodzić, to dziedzic da więcej, a tera1662 robią w pojedynkę, cichaczem, byle prędzej.
– Niektóren1663 człowiek to jak ten osieł: chcesz, bych1664 ruszył naprzód, to ciągaj go za ogon! Pewnie co barany, dziedzic obrywa każdemu coś niecoś, bo z osobna się godzą.
– Odebrałeś to już swoje gronta1665?
– Jeszczek1666 nie wyszedł czas po śmierci ojcowej i nie można robić działów, alem se1667 już upatrzył pole.
Za rzeką pomiędzy olchami mignęła jakaś twarz, zdało mu się, że to Jagusia, więc chociaż pogadywał, ale już coraz niespokojniej latał oczami po gąszczach nadrzecznych.
– Taki gorąc, trza się iść wykąpać – rzekł wreszcie i poszedł w dół rzeki, niby to wybierając sposobne miejsce, ale skoro go skryły drzewa, puścił się pędem.
Juści, że ona to była. Szła z motyczką do kapusty.
– Jagusia! – zawołał zrównawszy się z nią.
Obejrzała się bacznie i rozeznawszy głos i jego twarz, wychylającą się ze szuwarów, przystanęła trwożnie, nie wiedząc zgoła, co począć, bezradna całkiem i spłoszona.
– Nie poznajesz me1668 to? – szepnął gorąco, próbując przejść do niej na drugą stronę. Ale rzeka w tym miejscu była głęboka, choć wąska zaledwie na jakieś parę kroków.
– Jakże, nie poznałabym cię to? – oglądała się lękliwie za siebie na kapuśnisko, kaj1669 czerwieniały jakieś kobiety.
– Kajże1670 się to kryjesz, że ani sposobu cię uwidzieć?
– Kaj? Wygnała me twoja z chałupy, to siedzę u matki…
– Dyć i o tym rad bym z tobą pomówił. Wyjdź, Jagno, wieczorkiem za smętarz. Powiem ci cosik, przyjdź! – prosił gorąco.
– Hale, żeby me kto jeszcze obaczył! Dosyć mam już za dawne… – odrzekła twardo. Ale tak molestował, tak skamlał, że skruszało jej serce, zaczynało jej być żal.
– A cóż mi to nowego powiesz? po cóż to me wołasz?
– Czym ci to już taki całkiem cudzy1671, Jaguś?
– Nie cudzy, ale i nie swój! Nie w głowie mi takie rzeczy…
– Jeno przyjdź, a nie pożałujesz. Bojasz1672 się za smętarz, to przyjdź za księży sad, nie baczysz1673 to kaj1674? Nie baczysz, Jaguś?…
Jaże odwróciła głowę, takie pąsy na nią uderzyły.
– Nie pleć, dyć1675 mi wstydno… – zesromała1676 się wielce.
– Przyjdź, Jaguś, choćby do północka czekał będę…
– To poczekaj… – odwróciła się nagle i poleciała na kapuśnisko.
Patrzył za nią łakomie i przejęły go takie luboście1677 i takie płomia1678 wzburzyły krew, że gotów był lecieć za nią i brać ją choćby na oczach wszystkich… Ledwie się już pohamował.
– Nic, jeno ta spieka1679 tak me1680 rozebrała1681! – pomyślał rozdziewając się spiesznie do kąpieli.
Przechłodził się galancie1682 i jął deliberować1683 nad sobą.
– Że to człowiek słaby kiej1684 ten paździerz1685, bele1686 co go poniesie…
Wstyd mu się zrobiło, rozejrzał się, czy aby go kto z nią nie widział, i usilnie rozważał wszystko, co mu o niej powiadali.
– Takaś to ty, jagódko, taka! – myślał ze wzgardą i jakby z żalem, ale naraz przystanął pod jakimś drzewem i stojał1687 z przywartymi1688 powiekami, bo jawiła mu się na oczach w całej swojej cudności.
– Cheba1689 takiej drugiej nie ma na wszystkim1690 świecie! – jęknął i strasznie zapragnął jeszcze raz ją widzieć, jeszcze raz ogarnąć ramionami, przycisnąć do serca i napić się z tych warg czerwonych, pić na umór ten miód słodki, pić do dna…
– Jeno ten ostatni razik, Jagusiu! ten ostatni! – szeptał błagalnie, jakby do niej. Długo potem przecierał oczy wodząc nimi po drzewach, nim się pomiarkował i poszedł do kuźni. Michał był sam i właśnie już się zabierał do pługa.
– A strzyma twój wóz takie ciężary? – spytał.
– Bylem jeno miał co kłaść…
– Kiej obiecuję, to jakbyś już miał na wozie.
Antek jął pisać kredą na drzwiach i rachować.
– Jeszczek1691 do żniw zarobiłbym ze trzysta złotych! – rzekł radośnie.
– Akuratnie miałbyś na sprawę – ozwał się kowal od niechcenia.
Antek schmurzył się nagle i oczy zaświeciły mu ponuro.
– Zmora ta moja sprawa, co ją wspomnę, to mi wszyćko1692 z rąk leci, że nawet żyć się odechciewa…
– Nie dziwota, jeno1693 to me1694 zastanawia, że się za nijakim poratunkiem jeszcze nie rozglądasz.
– A cóż to poredzę?
– Trzeba by jednak coś zrobić! Jakże, dać się to pod nóż, kiej1695 ten cielak rzezakowi1696?
– Głową muru nie przebiję! – westchnął boleśnie.
Michał kuł znowu z zajadłością, zaś Antek pogrążył się w niepokojące i strachliwe dumania i takie myśle1697 go nawiedzały, jaże1698 mienił się na twarzy i zrywał się z miejsca, bezradnie latając oczami po świecie; ale szwagierek dał mu się długo trapić szpiegując go jeno1699 chytrymi ślepiami, aż w końcu rzekł cicho:
– Kaźmirz z Modlicy umiał se1700 poredzić1701…
– Ten, co to uciekł do Hameryki1702?
– A ten sam! Mądrala, jucha, przewąchał pismo nosem.
– A bo mu to dowiedły1703, że zabił tego strażnika?
– Nie czekał, jaże1704 mu dowiedą1705! Nie głupi zgnić w kreminale1706…
– Łacno1707 mu było, kawaler.
– Ratuje się, któren1708 musi. Ja cię ta do niczegój1709 nie namawiam, abyś nie pomyślał, że mam w tym cosik swojego na widoku, a jeno1710 powiedam1711, jak to w przypadku robiły drugie1712. Jak ci się żywnie podoba, tak zrób. Wojtek Gajda z Wolicy też ano wrócił z kreminału w same świątki. Cóż, dziesięć roków1713 toć jeszczek1714 nie życie, można przetrzymać…
– Dziesięć roków, Jezus kochany! – jęknął chytając się za głowę.
– A tyle odsiedział w ciężkich robotach, juści, co karwas1715 czasu.
– Wszystko gotówem1716 przenieść1717, bele1718 jeno nie siedzenie. Jezus! siedziałem te parę miesięcy, a już me1719 się dur chytał1720…
– A za trzy niedziele1721 byłbyś już za morzami, niech Jankiel powie…
– Strasznie daleko! Jak to iść, wszyćko1722 ciepnąć1723, ostawić dom, dzieci, ziemię, wieś i w tyli1724 świat, na zawdy1725! – Zgroza go przejęła.
– Tyla poszło dobrowolnie i ani komu w głowie wracać do tych rajów.
– A mnie nawet pomyśleć o tym straszno!
– Juści1726, ale obacz Wojtka i posłuchaj, co rozpowiada o tym kreminale, to cię jeszczek barzej1727 zafrasuje! Jakże, chłop ma niespełna czterdzieści roków, a do cna już posiwiał i zgarbaciał, żywą krwią pluje i kulasami1728 ledwie powłóczy. Jeno patrzeć, jak pójdzie na księżą oborę1729. Ale po co ci gadać, masz swój rozum, to się jego posłuchaj.
Przycichł w porę, zmiarkowawszy, że już w nim posiał niepokój, więc resztę zostawił czasowi, skrycie się jeno1730 ciesząc z plonów, jakie spodziewał się zebrać. Ale skończywszy pług ozwał się wesoło:
– Poletę1731 tera1732 do kupców, a wóz gotuj na jutro, bo woził będziesz. O sprawie nie myśl, nie warto se1733 psuć głowy, to ano będzie, co będzie i co Bóg miłosierny pozwoli. Przyjdę do cię wieczorem.
Ale Antek nie zapomniał tak zaraz; połknął te jego przyjacielskie powiadki1734 kiej1735 ryba przynętę i dławił się nią, darło mu ano wątrobę, jaże1736 ledwie się ruchał pod grozą męczących pomyślunków1737.
– Dziesięć roków! Dziesięć roków – szeptał niekiedy, drętwiejąc w strachu.
Mrok już zapadał, ludzie ściągali z pól, w obejściu podniósł się niemały rejwach1738, gdyż Witek przygnał stado, a kobiety kręciły się kole1739 udojów i obrządków, zaś na wsi jaże1740 się trzęsło od przedwieczornych pogwarów i wrzasków dzieci, kąpiących się we stawie.
Antek wyciągnął wóz za stodołę, aby go przyrychtować i opatrzyć na jutro, ale wnet odechciało mu się wszystkiego, że jeno1741 krzyknął na Pietrka, pojącego konie pod studnią:
– Nasmaruj wóz i wyporządź, będziesz od jutra woził na tartak.
Parob zaklął siarczyście. Nie szła mu w smak taka robota.
– Zawrzyj gębę i rób, co ci każą! Hanuś, daj trzy miarki owsa na obrok, a koniczyny przynieś im z pola, Pietrek, niech se podjedzą…
Hanka próbowała go rozpytywać, ale cosik1742 jeno1743 mruknął i pokręciwszy się po obejściu poszedł do Mateusza, z którym teraz żył w wielkim przyjacielstwie.
Mateusz tyle co jeno1744 był wrócił1745 z roboty i właśnie chlipał pod chałupą zsiadłe mleko la1746 ochłody.
Skądciś, jakby ze sadu, sączyło się ciche, żałosne płakanie.
– Któż to tam tak skwierczy?
– A Nastusia. Urwanie głowy mam z tymi jamorami1747: zapowiedzie1748 już wyszły, ślub ma być w niedzielę, a Dominikowa wczoraj zapowiedziała przez sołtysa, jako gospodarka na nią zapisana i Szymkowi nie udzieli ani zagona, i do chałupy go nie puści. I święcie to zrobi, znam ja dobrze to sobacze nasienie.
– Cóż na to Szymek?
– A co, jak usiadł w sadzie rano, tak i dotąd tam siedzi kiej1749 ten słup, że nawet Nastusi nie odpowiada, już się nawet bojam1750, żeby mu się rozum nie popsuł.
– Szymek! – krzyknął w sad – a pódzi1751 no do nas; przyszedł Boryna, to może ci co poredzi1752…
Zjawił się po jakiejś minucie i usiadł na przyzbie nie witając się z nikim. Juści, co chłopak do cna był zmizerowany i wyschnięty kieby1753 ta osinowa deska; jedne oczy mu gorzały, zaś w wychudzonej twarzy taiło się jakieś twarde postanowienie.
– I cóżeś umyślił? – pytał łagodnie Mateusz.
– A co, że wezmę siekierę i zakatrupię ją kiej1754 psa!
– Głupiś! bajanie ostaw do karczmy.
– Jak Bóg na niebie, tak ją zakatrupię. Cóż mi to ostaje, co? Grontu mi po ojcach zapiera, z chałupy me goni, spłaty nie daje, to cóż pocznę? Kaj się, sierota, podzieję, kaj? I żeby to me rodzona matka tak krzywdziła! – jęknął ocierając rękawem łzy, ale naraz porwał się i zakrzyczał: – Nie daruję, psiachmać, swojego, żebym miał za to zgnić w kreminale, a nie daruję!
Uspokoili go na tyla, co przymilkł i siedział chmurny, a tak nasrożony, że nawet nie odpowiadał na Nastusine łzawe szepty. Oni zaś deliberowali, jak by mu pomóc, ale cóż, kiej1755 nic z tego nie wychodziło, nie było bowiem sposobu na Dominikową. Aż dopiero Nastka odciągnąwszy na stronę brata cosik1756 mu przełożyła.
– Kobieta i nalazła1757 mądrą radę! – zawołał radośnie, wracając pod chałupę. – A to powieda1758, bych1759 kupić od dziedzica na Podlesiu ze sześć morgów na spłaty! Co, dobra rada? A matce można będzie pokazać starą panią, niech się wścieknie ze złości…
– Rada juści dobra jak każda rada, jeno gdzie pieniądze?…
– Nastusia ma swoje tysiąc złotych, na zadatek chwaci1760…
– A kajże1761 to jeszcze chałupa, lewentarz1762, porządki1763, zasiewy?
– Kaj1764? A tu! A tu! – wrzasnął naraz Szymek wyskakując przed nich a trząchając zaciśniętymi garściami…
– Tak się to mówi, ale czy uredzisz1765? – mruknął Antek niedowierzająco.
– Dajcie mi jeno ziemię, a obaczycie, dajcie! – zakrzyczał z mocą.
– To nie ma się co głowić, a jeno iść do dziedzica i kupować!
– Poczekaj, Antek, zaraz, niech no se wszyćko1766 w myślach ułożę…
– Obaczycie, jak sobie radę dawał będę! – gadał prędko Szymek. – A kto u matki orał? Kto siał? Kto zbierał? Dyć jeno ja sam! A źle to w roli robiłem, co? Wałkoń to jestem, co? Niech cała wieś powie, niech matka zaświarczy1767! Dajcie mi jeno1768 grunt, spomóżcie, braty rodzone, a to już wama1769 za to do śmierci się nie odsłużę. Pomóżcie, ludzie kochane, pomóżcie! – wołał śmiejąc się i płacząc na przemian, zgoła jakby pijany radosną nadzieją.
A kiej1770 się ździebko1771 uspokoił, zaczęli już wspólnie rozważać i deliberować nad tymi zamysłami.
– Bych1772 się jeno1773 dziedzic zgodził na spłaty! – westchnęła Nastka.
– Poręczymy z Mateuszem, to widzi mi się, co i da.
Nastusia jaże1774 go chciała całować po rękach za tyla1775 dobrości.
– Zażywałem niezgorszej biedy, to wiem, jak drugim smakuje! – rzekł cicho, powstając do odejścia, bo się już było całkiem zmroczało nad ziemiami, jeno co niebo było jeszcze jasne i zorze dopalały się na zachodzie.
Antek stał czas jakiś nad stawem wagując się1776 w sobie, w którą stronę pójdzie, lecz po chwili ruszył ku domowi.
Szedł jednak z wolna kieby1777 pod przymusem, przystając co trocha ze znajomymi, na drogach bowiem było pełno ludzi, wałęsających się gadzin1778 i dzieci. Przyśpiewki trzęsły się po opłotkach, kajś1779 zakrzyczały przepłoszone gęsi, pod młynem wrzeszczały kąpiące się chłopaki, jakieś kumy kłóciły się po drugiej stronie stawu, jakby przed Balcerkami, a przenikliwy głos piszczałki przewiercał uszy.
Chociaż Antkowi nie było pilno i rad przystawał na drodze a z bele1780 kim pogadywał, to w końcu stanął przed swoją chałupą. Okna stały wywarte1781 i oświetlone, dziecko płakało pod ścianą, zaś z podwórza rozlegał się wrzaskliwy głos Hanki, a kiej niekiej1782 jazgotliwe odszczekiwanie Józki.
Zawahał się znowu, ale kiej1783 Łapa zaskomlał przy nim i jął wyskakiwać z radości, kopnął go w nagłym gniewie i zawrócił z powrotem na wieś. Dopadł dróżki proboszczowskiej, przemknął się kole1784 organistów tak cicho, że go nawet psy nie poczuły, i wsunął się pod księży sad, zaraz przy szerokiej miedzy, dzielącej Kłębową ziemię od księżych.
Nakrył go głęboki cień drzew galancie1785 rozrośniętych.
Księżycowy sierp zawisł już był na pociemniałym niebie i gwiazdy jęły się rozjarzać coraz migotliwiej; wieczór czynił się rosisty a silnie nagrzany, prawdziwie latowy1786. Przepiórki wołały ze zbóż, od łąk dalekich leciały grubaskie1787 pohukiwania bąków, zaś nad polami wisiała taka rozpachniona cichość, jaże1788 w głowie się mąciło.
Ale Jagusia jakoś nie przychodziła.
Natomiast o jakieś pół stajania1789 od Antka po miedzy spacerował proboszcz w białym obleczeniu i z gołą głową, tak pogrążony w odmawianiu pacierzy, iż jakby nie widział, co1790 jego konie, pasące się na chudym, wytartym ugorze, przeszły miedzę i łakomie wżerały się w Kłębową koniczynę, która niby bór czerniała spaniale1791 wyrośnięta i pokryta kwiatem.
Ksiądz cięgiem1792 chodził mamrocąc pacierze, po gwiazdach włóczył oczami, a niekiej1793 przystawał, pilnie nasłuchując, i gdy się jeno ruszyło co niebądź kajś1794 pod wsią, zawracał spiesznie, gderząc niby gniewnie na konie.
– A gdzieżeś to polazł, siwy? W Kłębową koniczynę, co? Widzicie ich, jakie to łajdusy! Smakuje wam cudze, co? A batem chceta po portkach? No, mówię, batem! – pograżał wielce srogo.
Ale koniska tak smacznie chrupały, jaże1795 księdzu zbrakło serca na wypędzenie ze szkody, więc jeno1796 rozglądał się a prawił z cicha:
– No żrej jeden drugi, żrej… już się za to zmówi jaki paciorek za Kłębową duszę albo i wynagrodzi czym szkodę! Nygusy, jak się to przypinają do świeżej koniczyny!
I znowu chodził tam i z nawrotem, pacierze mówił i stróżował ani się spodziewając, jako Antek patrzy w niego, słucha i z coraz większą niespokojnością wyczekuje na Jagusię.
Przeszło tak z parę dobrych pacierzów, gdy naraz Antkowi przyszło na myśl podejść do niego a wyznać się ze swoich frasunków.
– Taki nauczony, to może prędzej najdzie jaką radę! – rozważał cofając się cieniami pod stodołę i dopiero za węgłem śmiało wyszedł na miedzę i głośno zachrząkał.
A ksiądz posłyszawszy, że ktoś nadchodzi, zakrzyczał na konie:
– Szkodniki paskudne! To ani z oczów spuścić, zaraz w cudze jak te świnie! Wiśta kasztan! – I uniesłszy1797 ubieru1798 wypędzał je z pośpiechem.
– Boryna! Jak się masz? – wołał rozpoznawszy go z bliska.
– Dyć1799 szukam dobrodzieja, byłem już na plebanii.
– A wyszedłem zmówić pacierze i przypilnować konisków, bo Walek poleciał do dworu. Ale takie znarowione szkodniki, że niech Bóg broni, rady nie mogę sobie dać z nimi. Patrz, jak się Kłębowi wysypało koniczyny, jak bór! Z mojego nasienia… Za to moją tak wymroziło, że został się tylko rumianek i osty! – westchnął żałośnie, przysiadając na kamieniu. – Siadajże, to sobie pogadamy! śliczna pora! Za jakie trzy tygodnie zadzwonią kosy! No, mówię ci!…
Antek przysiadł w podle1800 i zaczął z wolna rozpowiadać, z czym był przyszedł. Proboszcz słuchał uważnie, tabakę zażywał i na konie krzyczał raz po raz, kichając przy tym siarczyście.
– A gdzie! Ślepyś, że cudze? Widzisz je, świntuchy znarowione!…
Antkowi szło jakoś niesporo, zająkiwał się i plątał.
– Widzę, że ci coś ciężkiego dolega. Wyznaj się szczerze, to ci ulży, wyznaj! Przed kimże duszę wyżalisz, jak nie przed księdzem? – Pogładził go po głowie i uczęstował tabaką, że Antek nabrawszy śmiałości rozpowiedział mu wszystkie swoje frasunki.
Ksiądz długo ważył jego słowa, wzdychał i w końcu rzekł:
– Ja bym ci za borowego naznaczył pokutę kościelną: stawałeś w ojcowej obronie, a że był łajdus i luter, to niewielka stała się szkoda! Ale sądy ci nie darują. Najmniej posiedzisz ze cztery lata! I co ci tu radzić? Mój Boże, i w Ameryce ludzie żyją, i z kryminału też wracają. Ale jedno złe i drugie też nie lepsze.
Był za tym, żeby Antek uciekał choćby jutro, to znowu radził pozostać i odsiedzieć karę, a na ostatku powiedział:
– Jedno, co pewna: zdać się na Opatrzność i czekać zmiłowania Bożego.
– Hale, i wezmą me1801 w dybki1802, w Sybir pognają…
– Wielu jednak powraca, sam znałem niejednego…
– Juści, jeno1803 co to po latach zastanę w chałupie, co? A bo to kobieta da sama radę? Zmarnuje się wszystko! – szeptał bezradnie.
– Z duszy serca rad bym ci pomógł, ale cóż ja mogę… Czekaj, mszę świętą odprawię do Przemienienia Pańskiego na twoją intencję. Zapędź mi konie do stajni, późno! No, mówię ci, późno, czas spać!
Antek tak był przejęty turbacjami1804, że wyszedłszy z księżego podwórza dopiero przypomniał sobie Jagusię i spiesznie do niej poleciał.
Juści, co już czekała skulona pod stodołą.
– Czekałam i czekałam!
Głos miała jakby schrypnięty od rosy.
– Mogłem się to księdzu wymówić? – Chciał ją objąć, odepchnęła go.
– Nie figle mi ta w głowie, nie ceckania!
– Dyć cię całkiem nie poznaję! – Czuł się dotknięty.
– Jakąś me ostawił, takusieńką i jestem…
– A niepodobna do się… – Przysunął się bliżej.
– Nie zafrasowałeś się o mnie bez1805 tyla czasu, a teraz się dziwujesz?
– Że już i barzej1806 nie sposób, ale mogłem to przylecieć do cię, co?
– A ja ostałam jeno z trupem a ze zgryzotami! – Zatrzęsła się z zimna.
– I ani ci w głowie postało zajrzeć do mnie, co inszego miałaś w myślach!…
– Czekałeś to me1807, Jantoś1808, czekałeś? – wyjąkała niedowierzająco.
– I jak jeszcze! A to kiej1809 ten głupi co dnia wisiałem u kraty i oczy wypatrywałem za tobą, i co dnia cię czekałem! – Nagły żal nim zatrząsł.
– Jezu kochany! A tak me skląłeś tam za brogiem! A takiś przódzi1810 był zły! A kiej cię brali, to aniś spojrzał na mnie, aniś przemówił… Dobrze baczę1811, miałeś to dobre słowo la1812 wszystkich, nawet la psa jeno1813 nie la mnie! To już myślałam, że się wścieknę!
– Nie miałem złości do cię, Jaguś, nie. Ale jak się dusza człowiekowi zapiecze w zgryzocie, to by i siebie, i wszystek świat wytracił…
Milczeli stojąc tuż przy sobie, biedro w biedro. Księżyc świecił im prosto w twarze. Dyszeli ciężko, szarpani gryzącymi spominkami1814, oczy im pływały w zakrzepłych łzach żalów i udręki.
– Nie tak to me1815 kiedyś witałaś! – rzekł smutnie.
Rozpłakała się nagle i rzewliwie kiej1816 dzieciątko.
– Jakże cię to mam witać, jak? Małoś to me już pokrzywdził i sponiewierał, że tera1817 ludzie patrzą na mnie kiej1818 na tego psa…
– Ja cię sponiewierałem? To przeze mnie? – Gniew go przejął.
– A przez ciebie! Przez ciebie wygnała me1819 z chałupy ta flądra, to świńskie pomietło! Przez ciebie poszłam na pośmiech całej wsi…
– A wójta to już nie baczysz1820? a drugich, co? – buchnął groźnie.
– Wszyćko1821 bez ciebie! Wszyćko! – szeptała coraz bardziej rozżalona. – A czemuś me do się zniewolił jak tego psa? Miałeś przecież swoją kobietę. Głupia byłam, a tyś me tak opętał, co już świata Bożego za tobą nie widziałam! I czemuś me potem ostawił samą, na pastwę?
Ale i on porwany żalami zasyczał przez zaciśnięte zęby:
– To ja ci kazałem ostać moją macochą? Ja cię też pewnie niewoliłem, byś się tłukła z każdym, kto jeno chciał, co?
– To po coś mi nie wzbronił? Byś me miłował, to byś me nie dał na wolę, nie ostawiłbyś me samej, a jeno strzegł przed złą przygodą, jak to drugie robią! – skarżyła się boleśnie i tak pełna niezgłębionego żalu, że już nie poredził1822 się bronić. Odpadły go wszystkie złoście1823, a serce się rozdygotało kochaniem.
– Cichoj, Jaguś, cichoj, dzieciątko! – szeptał z tkliwością.
– I taka krzywda mi się stała, to i ty powstajesz na mnie jak wszystkie, i ty, i ty! – szlochała wspierając głowę o stodołę.
Usadził ją przy sobie na miedzy i jął przygarniać do serca a tulić, a głaskać po włosach i obcierając jej twarz zapłakaną, całował jej wargi roztrzęsione i te oczy zalane gorzkimi łzami, te kochane a tak przesmucone oczy. Pieścił ją, przyhołubiał1824 i spokoił1825, jak jeno poredził, że już płakała coraz ciszej przywierając doń i z taką dufnością uwiesiła mu się na szyi a kładła głowę na jego piersiach jakby na tym matczynym sercu, kaj1826 tak lubo jest wypłakiwać wszystkie boleście a smutki…
Ale Antkowi już się mąciło w głowie, bo takie luboście biły od niej i tak go rozprażało jej ciepło, że coraz zajadlej całował i coraz mocniej ogarniał ją sobą…
Zrazu ani miarkowała1827, do czego idzie i co się z nią wyrabia. Dopiero kiej1828 się już całkiem poczuła w jego mocy i kiej jął rozgniatać jej wargi rozpalonymi całunkami, zaczęła się szarpać a prosić lękliwie, prawie z płaczem:
– Puść me1829, Jantoś! Puść! Loboga, bo bede1830 krzyczeć!
Ale mogła się to już wydrzeć smokowi, kiej ściskał, jaże tchu brakowało i całą przejmował war i dygotania.
– Ostatni raz pozwól, ostatni! – skamlał ledwie już zipiąc.
Aż świat się z nią zakręcił i poleciała jakby na dno jakowegoś raju, a on ją wzion1831, jak to kiedyś brał, zapamiętale, przez lubą moc kochania, i dawała mu się też jak kiedyś, w słodkiej udręce niemocy, na niezmierzone szczęście, na śmierć samą…
Jak kiedyś, mój Jezu! Jak dawniej! Jak zawdy1832!
Noc stała rozgwiażdżona, księżyc wisiał wysoko w pół nieba; nagrzane, rozpachnione powietrze obtulało pola pośpione w niezgłębionej cichości; cały świat leżał bez tchu w upojnym zapomnieniu i w słodkiej pieszczocie niepamięci.
A i w nich nie było już pomiarkowania o niczym, nic, kromie1833 ognia i burzy, i nic, kromie wiecznie żądnej i wiecznie nienasyconej tęsknicy. Jak kiedy uschnięta drzewina ożeni się z pierunem i buchnie w niebo płomieniami, że już wraz giną hucząc weselną pieśń zatraty, tak i oni przepadali w jakichś nienasyconych żarach. Ożyły w nich dawne miłoście i zwarły się, strzelając bujnym, radosnym ogniem na to jedno mgnienie zapamiętania, na tę jedną tylko minutę ostatniej radości.
Bo kiej znowu siedli przy sobie, już im tak cosik1834 omroczyło dusze, że spozierali1835 na się trwożnie, ukradkiem, rozbiegając się oczami kieby ze wstydem i żalem.
Na darmo szukał wargami jej warg głodnych całunków, jak kiedyś: odwracała się z niechęcią.
Na darmo szeptał przezwiska co najsłodsze: nie odpowiadała, pilnie zapatrzona w księżyc; więc burzył się w sobie i chłódł, przejęty dziwną markotnością i żalami.
Siedzieli, nie wiedząc już, co mówić, niecierpliwiąc się jeno a wyczekując, które się pierwej ruszy i pójdzie sobie precz.
A w Jagusi jakby już wszystko wygasło ze szczętem i rozsypało się w popiół, bo ozwała się z przytajoną złością:
– Aleś me1836 zniewolił, kiej1837 ten zbój, no!
– Nie mojaś to, Jaguś, nie moja? – Chciał ją przygarnąć, odepchnęła go gwałtownie.
– Anim twoja, anim niczyja, rozumiesz? Niczyja!
Rozpłakała się znowu, ale już jej nie spokoił ni utulał, lecz po jakim czasie powiedział ważnym1838 głosem:
– Jaguś, poszłabyś ze mną we świat?
– Kajże1839 to? – podniesła1840 na niego zapłakane oczy.
– A choćby do samej Hameryki! Poszłabyś za mną, Jaguś?
– A cóż to poczniesz ze swoją kobietą?
Zerwał się, kieby1841 go kto biczem trzasnął.
– Prawdę pytam! Trutkę to jej zadasz czy co?
Pochwycił ją wpół, przygarnął krzepko i całując namiętnie po całej twarzy jął prosić a molestować, bych1842 z nim jechała we świat, kaj1843 by już ostali razem i na zawsze. Sporo czasu mówił o swoich zamysłach i nadziejach, czepił się bowiem nagle tej myśle1844 uciekania z nią kiej1845 pijany płota i kiej pijany też plótł, ogarnięty gorączkowym wzburzeniem. Wysłuchała wszystkiego do końca i odrzekła z przekąsem:
– Zniewoliłeś me1846 do grzechu, to rozumiesz, com już do cna zgłupiała i uwierzę ci w bele1847 bzdury…
Przysięgał na wszystko, jako1848 świętą prawdę powieda1849; nie chciała już nawet słuchać i wyrwawszy się z jego rąk szepnęła:
– Ani mi się śni uciekać z tobą. Po co? Abo mi to źle samej? – Obtuliła się zapaską rozglądając się uważnie. – Późno, muszę już bieżyć1850!
– Kajże1851 ci pilno, nikto1852 przeciek1853 z chałupy za tobą nie patrzy?
– Ale na ciebie pora. Już tam Hanka pierzynę wietrzy a wzdycha…
Rozżarł się na te słowa kiej1854 pies i syknął urągliwie:
– Ja ci nie wypominam, kto tam na ciebie po karczmach wyczekuje…
– A jakbyś wiedział, co niejeden gotów czekać choćby do słońca, jakbyś wiedział! Sielnieś1855 zadufany w siebie i rozumiesz, co jeno1856 ty jeden jesteś! – gadała prześmiechając się zjadliwie.
– A to leć, choćby nawet do Żyda, leć! – wykrztusił.
Ale się nie ruszyła z miejsca; jeszcze stali przy sobie dysząc jeno1857 ciężko a poglądając na się rozsrożonymi ślepiami, a kieby1858 szukając w sobie tych jakichś słów najbarzej1859 bolących.
– Miałeś coś pedzieć1860, to mi rzeknij, bo więcej już do cię nie wyjdę…
– Nie bój się, nie będę cię wywoływał, nie…
– Bo choćbyś mi nawet u nóg skamlał, to nie wyjdę.
– Juści, czasu ci nie starczy, do tylu musisz co noc wychodzić…
– A żebyś skapiał kiej ten pies! – skoczyła w pola na przełaj.
Nie pogonił jednak ni nawet zawołał za nią, widząc, jak leciała przez zagony kiej cień i przepadła pod sadami; przecierał tylko oczy kieby1861 ze śpiku1862 a wzdychał markotnie.
– Zgłupiałem już do cna! Jezu, dokąd to baba może zaprowadzić.
Było mu czegoś dziwnie wstyd, gdy wracał do chałupy; nie mógł sobie darować tego, co się stało, i srodze się tym gryzł i męczył.
Pościel gotowa już czekała na niego w sadzie, w półkoszkach, gdyż w izbie nie sposób było wyspać z powodu gorąca i much.
Ale nie zasnął; leżał wpatrzony w dalekie migoty gwiazd i nasłuchując cichych stąpań nocy rozważał se o Jagusi.
– Ni z nią, ni przez1863 niej! A żebyś! – zaklął z cicha i wzdychał żałośnie, i przewracał się z boku na bok, i odrzucał pierzynę, stawiając nogi na chłodnej, orosiałej trawie, ale śpik nie przychodził i myśle1864 o niej nie ustawały ni na to oczymgnienie1865.
Któreś dziecko zapłakało w chałupie i zamamrotała cosik1866 Hanka; uniósł głowę, ale po chwili przycichło i znowu opadły go deliberacje1867 i szły przez niego kiej1868 te wiośniane, pachnące zwiewy kolebiące duszę słodkimi spominkami1869; ale już się im nie dał w niewolę, a na sprzeciw, rozglądał się w nich trzeźwo, że w końcu przyszedł do tego, co1870 sobie rzekł uroczyście, jakby na świętej spowiedzi:
– Raz temu musi być koniec! Wstyd to i grzech! Co by to znowu ludzie pedzieli1871! Dyć ociec dzieciom jestem i gospodarz! Musi być koniec.
Postanawiał, ale było mu jej żal, nieopowiedzianie żal.
– Niech se1872 jeno1873 człowiek raz jeden pofolguje1874, a już się tak pokuma ze złem, co go i śmierć nie rozdzieli! – medytował gorzko i górnie.
Świt się już robił, całe niebo przyodziewało się kieby1875 w te zgrzebne gzło1876, ale Antek jeszcze nie spał, zaś kiej biały dzień jął mu zazierać w oczy, przyleciała go budzić Hanka. Podniósł na nią schmurzoną twarz, lecz taki dziwnie był la1877 niej dobry, że skoro mu opowiedziała, z czym to wczoraj przychodził kowal późnym wieczorem, pogłaskał ją po nieuczesanych włosach.
– Kiej się udało ze zwózką, to ci już cosik kupię na jarmarku.
Rozradowała się taką łaską i dalejże molestować, aby też kupić oszkloną szafę na talerze, jaką miały organisty1878.
– Pokrótce to se zamyślisz o dworskiej kanapie! – zaśmiał się, przyobiecując jednak, co jeno1879 prosiła, i wstał prędko, robota bowiem czekała i trza było kark podać w jarzmo i ciągnąć jak co dnia.
Rozmówił się jeszcze z kowalem i zaraz po śniadaniu Pietrka wyprawił do wożenia gnoju, a sam pojechał w parę koni do lasu.
W porębie jaże1880 huczało od roboty; sporo narodu kręciło się przy obróbce drzewa naciętego zimą, że kieby1881 to nieustanne kucie dzięciołów, tak rozlegało się bicie siekier i trzeszczenie pił; zaś w bujnych trawach poręby pasły się lipeckie stada i dymiły ogniska.
Spomniał, co się tu kiedyś wyrabiało, i pokiwał głową widząc, jak to już zgodnie robią razem Lipczaki z rzepecką szlachtą i drugimi.
– Bieda ich doprowadziła do rozumu. I potrza to było wszystkiego, co? – wyrzekł do Filipa, syna Jagustynki, okrzesującego chojary.
– A kto temu był winowaty, jak nie dziedzic a gospodarze! – mruknął ponuro chłop, nie przestając obrąbywać gałęzi.
– Ale może już najbarzej złoście1882 i głupie podjudzania.
Przystanął w miejscu, kaj1883 był zakatrupił borowego, i tak go cosik1884 złego sparło1885 pod piersiami, jaże zaklął:
– Ścierwa, przez niego cała moja marnacyja! Bym poredził1886, to bym ci jeszczek1887 dołożył! – splunął i wziął się do roboty.
I już całe dnie woził na tartak, przypinając się do pracy z taką zapamiętałością, jakby się chciał zarobić na śmierć, lecz mimo tego nie zabił pamięci o Jagusi ani o tej sprawie nieszczęsnej.
Któregoś dnia powiedział mu Mateusz, że kupili grunt na Podlesiu, dziedzic dał na spłatę i jeszcze przyobiecał zrzynów i łat, zaś ślub Nastusi odłożyli, póki Szymek jako tako się nie zagospodaruje.
Co go ta obchodziło cudze, mało to jeszcze miał swoich turbacji1888? A do tego kowal już prawie codziennie i na różne sposoby straszył go sprawą i z wolna, ostrożnie, a wielce chytrze napomykał, że gdyby mu było pilno potrza, to ten i ów dałby pieniędzy…
Antek już sto razy gotów był prasnąć wszystko i uciekać, ale co spojrzał na wieś i co sobie wziął w myśle, jako pójdzie stąd na zawsze, to go taki strach ogarniał, iż wolałby kryminał, wolałby wszystko najgorsze, bele1889 nie to.
Ale i o kryminale myślał z rozpaczą w duszy.
Więc z tego bojowania ze sobą zmizerował się, zgorzkniał i stał się w chałupie srogi a niewyrozumiały. Hanka w głowę zachodziła, na darmo próbując się wywiedzieć, co mu się stało. Nawet zrazu podejrzewała, jako znowu spiknął się z Jagusią; ale co oko miała bystre, a odpasiona Jagustynka też za nimi patrzała i drugie potwierdzali, że wyraźnie stronią od siebie i nikaj1890 się nie schodzą, to się już uspokoiła z tej strony. Cóż z tego, że mu służyła jak mogła najwierniej, że już jadło miał wybrane i na porę, w chałupie ochędożny1891 porządek, że gospodarka szła jak najlepiej, kiej1892 cięgiem był zły, chmurny, o bele1893 co poniewierał i dobrego słowa jej nie dawał.
A już było najciężej, kiedy chodził cichy, strapiony, smutny kiej noc jesienna i ani się gniewał, ani uprzykrzał, a jeno ciężko wzdychał i na całe wieczory szedł do karczmy pić ze znajomkami.
Pytać otwarcie nie miała śmiałości, a Rocho klął się, że też nie wie o niczym, co mogło być prawdą, gdyż stary przychodził teraz jeno1894 na noc, a całe dnie wędrował po okolicy ze swoimi książeczkami, a nauczając pobożne nabożeństwa do Serca Jezusowego, którego urzędy wzbraniały odprawować po kościołach.
Aż któregoś wieczora, kiedy siedzieli jeszcze w izbie przy miskach, bo wiater1895 się był zerwał1896 po zachodzie, psy całą hurmą zaszczekały nad stawem. Rocho położył łyżkę pilnie nasłuchując.
– Ktoś obcy! Trza1897 wyjrzeć.
A tyla co jeno1898 wyszedł, powrócił blady i rzekł prędko:
– Pałasze brzęczą na drodze! Jakby pytały, na wsi jestem!
Skoczył w sad i zginął.
Antek zbladł śmiertelnie i skoczył na równe nogi. Psy już docierały w opłotkach, na ganku rozległy się ciężkie stąpania.
– A może to już po mnie? – jęknął w trwodze.
Wszyscy jakby zmartwieli ujrzawszy na progu strażników.
Antek nie mógł się poruszyć, a jeno1899 latał oczyma po wywartych1900 oknach i drzwiach. Szczęściem, co Hanka całkiem przytomnie zapraszała ich siedzieć podsuwając ławę.
Grzecznie się przywitali, tak się zarazem przymawiając o kolację, że musiała im nasmażyć jajecznicy.
– Kajże1901 tak późno? – zapytał wreszcie Antek.
– Po służbie! Dzieło u nas niemałe! – odrzekł starszy wodząc oczami po zebranych w izbie.
– Pewnie za złodziejami? – dorzucił Antek śmielej, wynosząc flachę z komory.
– I za złodziejami, i za drugim! Przepijcie do nas, gospodarzu!
Napił się z nimi. Przypięli się do jajecznicy, jaże1902 łyżki dzwoniły.
Wszyscy siedzieli cichuśko kiej1903 te przytrwożone trusie1904.
Strażnicy wymietli miskę do czysta, przepili jeszcze gorzałką i starszy obcierając wąsy rzekł uroczyście:
– Dawno was wypuścili z turmy, a?
– Niby to pan starszy nie wiedzą!
Rozdygotał się ździebko1905.
– A gdzież to Rocho? – spytał nagle starszy.
– Któren1906 Rocho? – zrozumiał w mig i znacznie się uspokoił.
– Podobno u was żyje, kakoj1907 to Rocho?
– A może pan starszy mówią o tym dziadku, co to chodzi po wsi? Prawda, dyć1908 go Rochem wołają!
Strażnik rzucił się niecierpliwie i rzekł groźnie:
– Nie róbcie szutek1909, przecież mieszka u was, wiadomo!
– Pewnie, co nieraz siedział u nas, ale siedział i u drugich. Proszalny dziadek, to kaj mu popadnie, tam i na noc głowę przytuli. Dziś w chałupie, indziej w obórce, a niekiedy i prosto pode płotem. Cóż to pan starszy upatrzył se na niego?
– Tak cóż by, nic, po znajomości pytam…
– Poczciwy człowiek, wody nikomu nie zamąci – wtrąciła Hanka.
– Nu, my znamy1910, kto on taki, znamy! – mruknął znacząco, próbując różnymi sposobami wypytywać o niego. Nawet już tabaką częstował, ale wszyscy tak gadali cięgiem1911 jedno w kółko, że nie mogąc niczego przewąchać podniósł się z ławy ze złością: – A ja mówię, że mieszka u was w chałupie!
– Przeciek1912 go w kieszeń nie schowałem! – odburknął Antek.
– Ja tu po służbie, ponimajcie1913, Boryna! – cisnął się groźnie starszy, ale jakoś się udobruchał dostawszy na drogę mendel jajków1914 i sporą osełkę świeżego masła.
Witek poszedł za nimi trop w trop, rozpowiadając potem, jako wstępowali do sołtysa i próbowali zazierać1915 do poniektórych okien jeszcze oświetlonych, jeno co1916 pieski tak naszczekiwały, że nie poredziwszy nikaj zajrzeć kryjomo1917, z niczym odeszli.
Ale to zdarzenie tak jakoś dziwnie rozebrało Antka, że skoro jeno1918 został sam na sam z żoną, zaczął się wyznawać z utrapień.
Słuchała z bijącym sercem, uważnie, nie przepuszczając ani jednego słowa, dopiero kiej1919 w końcu zapowiedział, jako1920 im już nic nie pozostaje, jeno1921 przedać1922 wszystko i uciekać we świat, choćby do Hameryki, stanęła przed nim pobladła kieby1923 ściana.
– Nie pódę1924 i dzieci na zatratę nie pozwolę! – wyrzekła groźnie – nie pódę! A jak mnie przyniewolisz, to siekierą łby dzieciom porozbijam, a sama choćby do studni! Prawdę mówię, tak mi, Panie Boże, dopomóż! Zapamiętaj to sobie! – krzyczała klękając przed obrazami jakby do uroczystej przysięgi.
– Cichoj! Dyć1925 jeno1926 tak mówię!
Wytchnęła nieco i rzekła ciszej, ledwie już łzy powstrzymując:
– Odsiedzisz swoje i wrócisz! Nie bój się, dam se radę… nie uronię ci ni zagona, jeszcze me1927 nie znasz… nie popuszczę z pazurów. Pan Jezus pomoże, to i taki dopust udźwignę – płakała cicho.
Medytował długo i w końcu powiedział:
– To bedzie1928, co Bóg da! Trza1929 poczekać na sprawę.
Że na nic się zdały chytre kowalowe zabiegi.