Оглавление
- Przedmowa autora
- Część pierwsza. Srebro kopalni
- Rozdział I
- Rozdział II
- Rozdział III
- Rozdział IV
- Rozdział V
- Rozdział VI
- Rozdział VII
- Rozdział VIII
- Część druga. Izabele
- Rozdział I
- Rozdział II
- Rozdział III
- Rozdział IV
- Rozdział V
- Rozdział VI
- Rozdział VII
- Rozdział VIII
- Część trzecia. Latarnia morska
- Rozdział I
- Rozdział II
- Rozdział III
- Rozdział IV
- Rozdział V
- Rozdział VI
- Rozdział VII
- Rozdział VIII
- Rozdział IX
- Rozdział X
- Rozdział XI
- Rozdział XII
- Rozdział XIII
Rozdział XIII
Pewnego dnia, kiedy pani Gould wedle słów doktora Monyghama miała „urządzać tertulię”, kapitan Fidanza zszedł ze swego szkunera stojącego na kotwicy w porcie Sulaco; spokojny, nieugięty, rozważny, wsiadł do łodzi i ujął wiosła. Było później niż zwykle. Miało się już dobrze pod wieczór, kiedy wylądował na plaży Wielkiej Izabeli i mocnym krokiem zaczął wspinać się po pochyłości wyspy.
Z daleka dostrzegł Gizelę, siedzącą na krześle opartym o tylną ścianę domu, pod oknem pokoju dziewcząt. W rękach trzymała swój haft, podnosząc go do oczu. Spokój tej dziewczęcej postaci wzburzył go, kłócąc się z poczuciem nieustannej waśni i walki, które rozpierało mu pierś. Ogarnął go gniew. Wydawało się mu, iż powinna słyszeć z daleka szczęk jego kajdan, jego srebrnych kajdan. Tym bardziej, że tego dnia spotkał na wybrzeżu doktora o złym oku, który uważnie mu się przyglądał.
Podniosła oczy i to go ułagodziło. Ich uśmiech, mający w sobie świeżość kwiatów, przeniknął prosto w jego serce. A potem zmarszczyła brwi. Było to ostrzeżenie, żeby miał się na baczności. Zatrzymał się w pewnej odległości i donośnym, obojętnym głosem zagadnął:
– Dzień dobry, Gizelo. Czy Linda już wstała?
– Tak. Jest z ojcem w dużym pokoju.
Podszedł bliżej i zaglądając przez okno do sypialni z obawy, żeby został zaskoczony, gdyby Linda z jakiegoś powodu wróciła, odezwał się samym tylko poruszeniem ust:
– Kochasz mnie?
– Nad życie. – I kiedy on patrzył w zadumie na jej robótkę, mówiła dalej, niby nie odwracając uwagi od pracy: – Inaczej nie mogłabym żyć. Nie mogłabym. Bo moje życie jest jak śmierć. Och, Giovanni, zginę, jeśli mnie stąd nie zabierzesz.
Uśmiechnął się beztrosko.
– Przyjdę pod okno, gdy się ściemni – powiedział.
– Nie, nie rób tego, Giovanni. Nie dzisiejszego wieczora. Linda i ojciec długo dziś ze sobą rozmawiali.
– O czym?
– O ile dosłyszałam, o Ramirezie. Nie wiem. Boję się. Ja ciągle się boję. To jak konanie po tysiąc razy na dzień. Twoja miłość jest dla mnie tym, czym dla ciebie twój skarb. Istnieje, ale nigdy nie mogę się nią nasycić.
Patrzył na nią bardzo spokojnie. Była piękna. Zawrzało w nim pożądanie. Miał teraz dwoje władców. Ale ona była niezdolna do stałego odczuwania wzruszeń. Była szczera w tym, co mówiła, lecz sypiała spokojnie w nocy. Rozpłomieniała się, ilekroć go widziała, po czym tylko wzmożona milkliwość świadczyła, iż zaszła w niej zmiana. Bała się omamić siebie. Bała się męki, przykrości fizycznych, ostrych słów. Nie chciała się narażać na gniew i mieć do czynienia z przymusem. Bowiem jej dusza była lekka, wiotka i miała pogańską szczerość w swych odruchach. Odezwała się półgłosem:
– Zaniechaj pałacu, Giovanni, i winnicy na wzgórzach, dla których marnujemy naszą miłość.
Zaniemówiła, ujrzawszy Lindę stojącą w milczeniu przy narożniku domu.
Nostromo zwrócił się do swej narzeczonej z powitaniem i dziwił się na widok jej zapadniętych oczu, zaklęsłych policzków, udręki i niemocy na jej twarzy.
– Byłaś chora? – rzekł, starając się okazać niejaką troskliwość tym pytaniem.
Jej czarne oczy wionęły ku niemu płomieniem.
– Czy schudłam? – zagadnęła.
– Zapewne, może, nieco.
– I postarzałam się.
– Każdy dzień mija nie bez śladu, na nas wszystkich.
– Obawiam się, że posiwieję, zanim będę miała pierścionek na palcu – rzekła z wolna, nie spuszczając z niego oczu.
Czekała, co powie, odwijając zakasane rękawy.
– Nie ma obawy – odparł z roztargnieniem.
Odwróciła się, jak gdyby to miało być zakończeniem, i zajęła się gospodarstwem. Nostromo tymczasem rozmawiał z jej ojcem. Rozmowa z starym Garibaldinem nie była łatwa. Wiek nie uszczuplił jego władz umysłowych, ale zdawało się, jakby zapadły weń głębiej. Odpowiedzi przychodziły mu z wolna i miały wyraz dostojnej powagi. Tego dnia jednak był bardziej ożywiony i rześki, zdawało się, jakby było więcej życia w tym starym lwie. Niepokoił się o nieskazitelność swego honoru. Dawał wiarę ostrzeżeniom Sidoniego, iż Ramirez czyha na jego młodszą córkę. I nie dowierzał jej. Była płocha. Nie napomknął nic o swych troskach „synowi Gian' Battiście”. Był to przejaw starczej próżności. Chciał pokazać, iż jest jeszcze zdolny sam strzec honoru swego domu.
Nostromo oddalił się wcześnie. Skoro tylko zniknął, zmierzając ku plaży, Linda przestąpiła próg i z wymuszonym uśmiechem usiadła obok swego ojca.
Już od owej niedzieli, kiedy zadurzony i zrozpaczony Ramirez czekał na nią w porcie, nie miała żadnych wątpliwości. Zazdrosne majaczenia tego człowieka nie były dla niej rewelacją. Niby gwóźdź wbity w serce utwierdziły tylko to uczucie nierzeczywistości i omamu, które zamiast błogości i pewności znalazła w obcowaniu ze swym przyszłym mężem. Odeszła wówczas, obrzucając Ramireza oburzeniem i wzgardą, ale tamtej niedzieli konała niemal z rozżalenia i wstydu, leżąc na rzeźbionej płycie grobowca Teresy, który ufundowali maszyniści i mechanicy kolejowi na znak swej czci dla bohatera zjednoczenia Włoch. Stary Viola nie mógł spełnić swego życzenia, aby jego żonę pochowano w morzu, więc Linda zapłakiwała się na kamieniu.
Przerażała ją ta niezasłużona zniewaga. Jeśli pragnął złamać jej serce, to niech się dzieje jego wola. Gian' Battiście wszystko wolno. Ale po co deptał jego szczątki, po co poniżał jej ducha? Aha! Nie mógł go złamać. Osuszyła łzy. A Gizela, Gizela! Ta mała, która odkąd tylko zaczęła chodzić, zawsze szukała opieki pod jej fartuszkiem. Co za obłuda! Lecz może nie umiała temu zapobiec. Gdy chodziło o mężczyznę, ta biedna głuptaska nie umiała dać sobie rady.
Linda miała w sobie sporo ze stoicyzmu Violi. Postanowiła nic nie mówić. Ale po kobiecemu wniosła namiętność do swego stoicyzmu. Krótkie odpowiedzi Gizeli, wywoływane trwożnym niedowierzaniem, wyprowadzały ją z równowagi swą zwięzłością podobną do pogardy. Pewnego dnia podbiegła do krzesła, na którym spoczywała jej gnuśna siostra i wpiła się zębami w najbielszą szyję, jaka była w Sulaco. Gizela krzyknęła. Ale miała w sobie także cząstkę bohaterstwa Violi. Chociaż niemal mdlała ze strachu, rzekła tylko ospałym głosem:
– Madre de Dios! Czy chcesz zjeść mnie żywcem, Lindo?
I wybuch ten minął, nie pozostawiając śladu na ich wzajemnych stosunkach. „Nic nie wie. Nie może wiedzieć” – rozumowała Gizela. „Może to nieprawda. To nie może być prawdą” – starała się wmówić w siebie Linda.
Ale kiedy zobaczyła kapitana Fidanzę po raz pierwszy po swym spotkaniu z obłąkanym Ramirezem, pewność jej niedoli powróciła. Patrzyła za nim od drzwi, gdy odchodził do swej łodzi, i zadawała sobie ze stoickim spokojem pytanie: „Czy spotkają się tej nocy?”. Postanowiła sobie ani na chwilę nie opuszczać wieży. Gdy znikł, wyszła na dwór i usiadła obok ojca.
Czcigodny Garibaldino czuł się, jak sam mówił, „jeszcze młodym mężczyzną”. Ostatnio takim czy innym sposobem dotarło do niego wiele plotek o Ramirezie, zaś jego niechęć i pogarda do tego człowieka, który żadną miarą nie mógł być tym, czym byłby jego syn, odebrały mu spokój. Sypiał bardzo mało. Od kilku nocy zamiast czytać lub bodaj tylko siedzieć przed otwartą Biblią z srebrnymi okularami pani Gould na nosie, przetrząsał wyspę ze starą strzelbą w ręku, czuwając nad swym honorem.
Linda, położywszy swą szczupłą, śniadą rękę na jego kolanie, starała się uśmierzyć jego wzburzenie. Ramireza nie ma w Sulaco. Nikt nie wie, gdzie przebywa. Znikł. Jego gadanina o tym, co by zrobił, jest bez znaczenia.
– Nie – przerwał jej starzec. – Mój syn Gian' Battista powiedział mi, zupełnie niepytany„ że ten tchórzliwy esclavo zapija się i gra w karty z łotrami z Zapigo, tam, na północnym wybrzeżu zatoki. Mógłby zebrać najgorszą hołotę z tego podłego, murzyńskiego miasta, żeby mu pomogli porwać malutką… Ale ja nie jestem taki stary. Nie!
Usilnie wykazywała mu nieprawdopodobieństwo jakiegokolwiek zamachu. Starzec w końcu umilkł, zagryzając swe białe wąsy. Kobiety mają swe uparte poglądy, którym trzeba pobłażać. Taka była jego biedna żona, a Linda przypominała swoją matkę. Mężczyźnie nie wypada wdawać się z nimi w spory.
– Być może, być może – mamrotał.
W głębi duszy nie czuła się bynajmniej uspokojona. Kochała Nostroma. Z macierzyńską jakby czułością i z zazdrosną boleścią rywalki, poniżonej swym niepowodzeniem, zwróciła oczy na Gizelę, która siedziała opodal. Wstała i podeszła do niej.
– Słuchaj no ty – rzekła szorstko.
Nieodparta niewinność spojrzenia, te wzniesione oczy jak fiołki pokryte rosą rozbudziły jej gniew i podziw. Jakże piękne oczy miała ta chica, to niegodziwe stworzenie z białego ciała i czarnej obłudy. Nie wiedziała, czy wydrzeć je z okrzykiem zemsty, czy też okryć ich tajemniczą i bezwstydną niewinność pocałunkami żalu i miłości. I oto nagle te oczy przygasły i zaczęły patrzeć na nią pustym spojrzeniem, w którym przebijało zaledwie nieco lęku, nie dość głęboko ukrytego wraz z innymi uczuciami w sercu Gizeli.
Linda powiedziała:
– Ramirez przechwala się w mieście, że zamierza cię uprowadzić z wyspy.
– Co za głupstwa! – odpowiedziała jej siostra i z przewrotnością zrodzoną z długiego powstrzymywania się, dodała żartobliwym tonem z drżącą zuchowatością: – Nie stać go na to.
– Nie? – rzekła Linda przez zaciśnięte zęby. – Nie stać go? No, to uważaj, bo ojciec chodzi nocami z nabitą strzelbą.
– To niedobrze dla niego. Powinna byś mu to odradzić, Lindo. Mnie nie posłucha.
– Nie powiem już nic, nigdy, nikomu! – krzyknęła Linda porywczo.
„To nie może dłużej trwać” – myślała Gizela. Giovanni musi ją zaraz zabrać, gdy tylko przyjdzie za następnym razem. Nie zniesie dłużej tych przerażających sytuacji, nawet za tyle srebra. Od rozmów z siostrą była chora. Nie budziła w niej niepokoju czujność ojca. Prosiła Nostroma, by nie tego wieczora przychodził pod okno. Przyrzekł, że tym razem nie przyjdzie. Nie wiedziała, nie mogła się domyślić ani sobie wyobrazić, żeby miał inne powody, które sprowadzały go na wyspę.
Linda poszła prosto na wieżę. Był już czas zapalić latarnię. Otworzyła małe drzwiczki i szła ciężko po krętych schodach, dźwigając swą miłość do wspaniałego capataza de cargadores jak coraz cięższe brzemię haniebnych kajdan. Nie, nie mogła ich zrzucić. Nie, niech Bóg rozstrzyga o tamtych dwojgu. I krzątając się po latarni, wypełnionej mrokiem i poświatą księżyca, ostrożnymi ruchami zapaliła lampę. Po czym opuściła ramiona wzdłuż ciała.
– A nasza matka patrzy na to – szeptała do siebie. – Własna siostra, ta chica.
Cały aparat refrakcyjny, ze swymi mosiężnymi częściami i obręczami pryzmatów, skrzył się i migotał jak kopulasta świątynia z brylantów, zawierająca nie lampę, lecz święty ogień, górujący nad oceanem. Zaś jego strażniczka, Linda, cała w czerni, z bladą twarzą, siedziała na niskim, drewnianym krzesełku, sama ze swą zazdrością, wyniesiona wysoko ponad hańby i namiętności ziemskie. Jakieś dziwne, szarpiące cierpienie, jak gdyby ktoś ciągnął ją brutalnie za ciemne włosy o brązowych poświatach, zmusiło ją, że podniosła dłonie do skroni. Spotkają się. Spotkają się. I wiedziała gdzie. Przy oknie. Pot udręki spływał kroplami po jej policzkach. Smuga światła księżycowego padająca na morze zamykała olbrzymią, srebrną sztabą wylot Zatoki Placido – tej posępnej pieczary, pełnej obłoków i ciszy, wykutej w opłukiwanym przypływami morskimi wybrzeżu.
Linda Viola powstała nagle, przyłożywszy palec do ust. Nie kochała ani siebie, ani swej siostry. Wszystko wydawało się zbyt bezcelowe, żeby mogło ją przerażać lub budzić jakąkolwiek nadzieję. Dlaczego jej nie zabrał? Co mu na przeszkadza? Niepodobna było go zrozumieć. Na co oni czekają? W jakim celu kłamią i oszukują? To nie chodziło o ich miłość. Nie o nią chodziło. Nadzieja, iż uda się jej odzyskać go dla siebie, zachwiała jej postanowieniem, że nie zejdzie z wieży tej nocy. Musi zaraz pomówić z ojcem, który jest mądry i ją zrozumie. Zbiegła po krętych schodach. Kiedy otwierała drzwi na dole, rozległ się huk pierwszego wystrzału, jaki kiedykolwiek padł na Wielkiej Izabeli.
Doznała wstrząsu, jak gdyby kula ugodziła ją w pierś. Biegła, nie zatrzymując się. W chacie było ciemno. Krzyknęła w drzwiach: – Gizelo, Gizelo! – po czym obiegła narożnik, nawołując siostrę przy otwartym oknie, ale nie otrzymała odpowiedzi. Kiedy jednak, pełna rozterki, zaczęła obiegać dom, Gizela wypadła z drzwi i przemknęła obok niej, biegnąc w milczeniu z rozwianymi włosami i oczyma utkwionymi przed siebie. Zdawała się zaledwie muskać stopami trawę i zniknęła.
Linda szła powoli, wyciągnąwszy ramiona przed siebie. Na wyspie zaległa cisza. Nie wiedziała, dokąd idzie. Drzewo, pod którym Martin Decoud spędził swe ostatnie dni, patrząc się na swe życie jak na szereg niepowiązanych obrazów, rzucało wielką plamę czarnego cienia na murawę. Nagle ujrzała ojca, stojącego spokojnie i samotnie w poświacie księżycowej.
Garibaldino, ogromny, wyprostowany, ze śnieżnobiałymi włosami i brodą, znieruchomiał w monumentalnej postawie, wsparty na strzelbie. Położyła mu lekko rękę na ramieniu. Nie poruszył się.
– Co uczyniłeś, ojcze? – spytała swym zwykłym głosem.
– Zastrzeliłem tego podłego Ramireza – odparł, kierując oczy w stronę miejsca, gdzie cień był najczarniejszy. – Przyszedł jak złodziej i zginął jak złodziej. Trzeba było dziecko ochronić.
Nie drgnął z miejsca, nie postąpił naprzód ani kroku. Stał zastygły i niewzruszony jak posąg starca strzegącego honoru swego domu. Linda zdjęła swą drżącą rękę z jego ramienia, krzepkiego i nieustępliwego jak kamień, i nie mówiąc ani słowa, weszła w czarną ciemność cienia. Ujrzała na ziemi kłąb bezładnych kształtów i stanęła jak wryta. Do jej uszu dotarł szept rozpaczy i wzmagające się łkanie.
– Błagałam cię, żebyś dzisiejszej nocy nie przychodził. Och, mój Giovanni! I przyrzekłeś. Och, dlaczego, dlaczego przyszedłeś, Giovanni?
Był to głos jej siostry. Urwał się rozdzierającym szlochem. Zaś głos dzielnego capataza de cargadores, pana i niewolnika skarbu z San Tomé, którego znienacka zaskoczył stary Giorgio, gdy przekradał się przez otwartą przestrzeń do wąwozu, by zabrać więcej srebra, odpowiedział z ziemi niedbale i chłodno, ale dziwnie słabo:
– Zdawało mi się, że nie przeżyję tej nocy, jeśli cię raz jeszcze nie zobaczę, moja gwiazdko, mój kwiatuszku!
Świetna tertulia właśnie się skończyła, ostatni goście odjechali, a señor administrador odszedł już do swego pokoju, gdy doktor Monygham, którego oczekiwano tego wieczora, ale który nie przybył, nadjechał przy świetle lamp elektrycznych po drewnianym bruku opustoszałej Calle de la Constitution i zastał wielką bramę Casa jeszcze otwartą.
Kulejąc, wszedł do domu, wspiął się na schody i trafił na moment, kiedy wymuskany, tłusty Basilio gasił właśnie światła w sali. Kwitnący majordomus otworzył usta na widok przybysza.
– Nie gaś światła – rozkazał doktor. – Chcę się widzieć z señorą.
– Señora jest w kancelarii señora administradora – rzekł namaszczonym głosem Basilio. – Señor administrador za godzinę odjeżdża w góry. Zdaje się, że obawiają się tam zamieszek robotniczych. Bezwstydna hołota bez rozumu i wychowania. I leniwa, señor! Leniwa!
– Tyś sam bezwstydnie głupi i leniwy – burknął doktor z właściwą sobie zdolnością drażnienia ludzi, która czyniła go tak powszechnie lubianym. – Nie gaś światła.
Basilio odszedł z godnością. Doktor Monygham, czekając w rzęsiście oświetlonej sali, usłyszał, jak zamknęły się drzwi na drugim końcu domu. Zamarł szczęk ostróg. Señor administrador pojechał w góry.
Szeleszcząc miarowo trenem sukni, migocąc od klejnotów i połyskując od jedwabiu, szła oświetlonym korytarzem „najznakomitsza dama z Sulaco”, jak zwykł był wyrażać się o niej kapitan Mitchell. Szła, pochyliwszy swą subtelną głowę, jakby pod ciężarem jasnych włosów, w których gubiły się srebrne pasma, bogatsza ponad wszelkie marzenia, szanowana, kochana, czczona, uwielbiana i tak samotna, jak może jeszcze nikt nie był na ziemi.
Na głos doktora: „Pani Gould! Jedną chwilkę!…” zatrzymała się u drzwi oświetlonej i pustej sali. Podobieństwa nastroju i okoliczności, widok doktora, stojącego samotnie wśród porozstawianych mebli, przypomniały jej wrażliwej pamięci spotkanie z Martinem Decoud. Zdawało jej się, iż w ciszy doleciał ją głos tego człowieka, zmarłego tragicznie przed tylu laty, wymawiający słowa: „Antonia zapomniała tu wachlarza”. Ale był to głos doktora, nieco zmieniony pod wpływem podniecenia. Zauważyła jego błyszczące oczy.
– Pani Gould, ktoś pani potrzebuje. Czy pani wie, co się stało? Pamięta pani, co mówiłem wczoraj o Nostromie? Otóż dzisiejszej nocy płynęła z Zapigi lancha, kryta łódź z czterema Murzynami. Gdy mijali Wielką Izabelę, jakiś kobiecy głos, jak się okazało, głos Lindy, wezwał ich z urwiska, żeby podpłynęli do plaży (noc była księżycowa) i zabrali do miasta rannego człowieka. Patron276 łodzi (od którego dowiedziałem się o tym wszystkim) zrobił to od razu. Opowiadał, iż kiedy okrążyli urwisko i przybili do niższego brzegu Wielkiej Izabeli, Linda Viola już ich oczekiwała. Poszli za nią; zaprowadziła ich pod drzewo, rosnące niedaleko chaty. Zastali tam leżącego na ziemi Nostroma, z głową spoczywającą na kolanach młodszej dziewczyny, oraz starego Violę stojącego opodal, wspartego na strzelbie. Stosując się do wskazówek Lindy, wynieśli z domu stół i obłamali mu nogi, żeby posłużył za nosze. Są tutaj, pani Gould. To znaczy jest Nostromo i… i Gizela. Murzyni zanieśli go do portowego szpitala. Posłał po mnie służącego. Ale nie ze mną chciał się widzieć, lecz z panią, pani Gould. Z panią!
– Ze mną? – szepnęła pani Gould, wzdrygnąwszy się z lekka.
– Tak jest – wybuchnął doktor. – Błagał mnie, swego wroga, jak mu się zdaje, żebym panią zaraz do niego sprowadził. Jak się zdaje, ma coś do powiedzenia pani samej.
– Niemożliwe! – wyszeptała pani Gould.
– Powiedział do mnie: „Proszę jej przypomnieć, iż przyczyniłem się nieco do tego, że ma dach nad głową…” Pani Gould – mówił dalej doktor w największym podnieceniu. – Pamięta pani srebro? Srebro na lichtudze, które zatonęło?
Pani Gould pamiętała. Ale nie wspomniała, iż nienawidzi choćby wzmianki o tym srebrze. Będąc uosobieniem szczerości, przypomniała sobie z niepohamowaną zgrozą, iż po raz pierwszy i ostatni w życiu nie powiedziała swemu mężowi prawdy właśnie o tym srebrze. Zbłądziła wówczas pod wpływem obaw i nie mogła sobie tego przebaczyć. Co więcej, to srebro, które nie byłoby zatonęło, gdyby jej mąż wiedział o nowinach przyniesionych przez Decouda, omalże nie stało się pośrednią przyczyną śmierci doktora Monyghama. Wszystko to wydawało się jej nader okropne.
– Ale czy ono zatonęło? – zawołał doktor. – Zawsze wyczuwałem od tamtego czasu jakąś tajemnicę wokół naszego Nostroma. Myślę, że chciałby teraz, w obliczu śmierci…
– W obliczu śmierci? – powtórzyła pani Gould.
– Tak. Tak… Chciałby może powiedzieć pani coś o tym srebrze, które…
– Och, nie, nie! – odparła pani Gould cichym głosem. – Czyż już nie przepadło i nie poszło w niepamięć? Czyż i bez niego nie ma dość skarbów, żeby wszyscy na świecie byli nieszczęśliwi?
Doktor nie odzywał się, pogrążony w uległym, zawiedzionym milczeniu. W końcu napomknął bardzo cicho:
– Jest tam też ta córka Violi, Gizela. Coś trzeba by zrobić. Zdaje się, iż chociaż jej ojciec i siostra…
Pani Gould oświadczyła, iż poczuwa się do obowiązku zajęcia się tymi dziewczętami.
– Mam tu wolant277 – rzekł doktor. – Jeżeli nie ma pani nic przeciwko temu, to…
Czekał, nie posiadając się z niecierpliwości, aż pani Gould powróciła, zarzuciwszy na swą suknię szary płaszcz z obszernym kapturem.
W takim stroju, płaszczu na wieczorowej sukni i mnisim kapturze, stanęła ta pełna cierpliwości i współczucia kobieta przy łożu, na którym leżał nieruchomo na wznak wspaniały capataz de cargadores. Biel poduszek i prześcieradeł uwydatniała posępny zarys jego brązowej, energicznej twarzy oraz śniadych, nerwowych rąk, które do niedawna tak dobrze władały sterem, wędzidłem i karabinem, a teraz, otwarte i bezczynne, spoczywały na białej kołdrze.
– Ona jest niewinna – odezwał się capataz niskim, równym głosem, jak gdyby obawiał się, iż donośniejsze słowo może zerwać wątłą więź, która jego duszę łączyła z ciałem. – Ona jest niewinna. To tylko ja… Ale mniejsza o to. Za te rzeczy nie będę za życia odpowiadał przed nikim.
Urwał. Twarz pani Gould, bardzo biała w cieniu kaptura, pochylała się nad nim z wyrazem przemożnego, nieukojonego smutku. Przytłumione łkania Gizeli Viola, klęczącej u nóg łóżka, okrywającej złotymi włosami o połyskach miedzi stopy capataza, niemal nie mąciły ciszy pokoju.
– Ha! Stary Giorgio, stróż twojego honoru! Niebywałe, jak vecchio potrafił podejść mnie tak cicho i wziąć na cel tak pewnie. Ja sam nie potrafiłbym lepiej. Ale można było oszczędzić wydatku na ten ładunek prochu. Honor był bezpieczny… Señora, ona by poszła na kraj świata za złodziejem Nostromem… Wypowiedziałem to słowo. Zaklęcie już mnie nie pęta.
Głuchy szloch dziewczyny zmusił go do spuszczenia oczu.
– Nie widzę jej… Ale mniejsza o to – mówił dalej z odcieniem dawnej, wspaniałej beztroski w głosie. – Wystarczy jeden pocałunek, gdy nie ma czasu na więcej. To beztroska dusza, señora! Jasna i ciepła jak słońce, prędko się chmurzy i prędko wypogadza. Tamtych dwoje by ją między sobą zmiażdżyło. Señora, zwróć na nią swe współczujące wejrzenie, tak słynne w całym kraju, jak z męstwa i odwagi słynie człowiek, który do ciebie mówi. Ona się z czasem pocieszy. A Ramirez nie jest złym chłopakiem. Nie gniewam się na niego. Nie! To nie Ramirez pokonał capataza cargadorów z Sulaco. – Urwał, zdobył się na wysiłek i mocniejszym głosem, nieco nieprzytomnie oświadczył:
– Umieram oszukany, zdradzony przez…
Ale nie powiedział, przez kogo lub przez co umiera zdradzony.
– Ona by mnie nie zdradziła – zaczął znów, otwierając bardzo szeroko oczy. – Była wierna. Mieliśmy pojechać w daleki świat, już wkrótce. Dla niej mogłem oderwać się od tego przeklętego skarbu. Dla tego dziecka byłbym zostawił całe skrzynie, pełne. A Decoud wziął cztery. Cztery sztaby. Po co? Picardia!278 Żeby mnie oszukać? Jak mogłem oddać skarb bez tych czterech sztab? Powiedzieliby, że je sprzeniewierzyłem. Doktor by to powiedział… Trzyma mnie to jeszcze!
Pani Gould pochyliła się nisko, zafascynowana, zlodowaciała z obawy.
– Co stało się z don Martinem owej nocy, Nostromo?
– Kto to wie? Zastanawiałem się tylko nad tym, co się stanie ze mną. Teraz wiem. Śmierć miała najść mnie niespodziewanie. Przepadł! Zdradził mnie. A pani myśli, że ja go zabiłem! Wszyscyście jednacy, wy, jaśnie państwo. To srebro mnie zabiło. Trzymało mnie. Trzyma mnie jeszcze. Nikt nie wie, gdzie ono jest. Ale pani jest żoną don Carlosa, który oddał mi je w ręce i powiedział: „Ratuj je, jakbyś ratował swe życie”. A kiedy powróciłem i wszyscy byli przekonani, że zatonęło, cóż usłyszałem? Że to nic ważnego. Mniejsza o nie. Nuże, wierny Nostromo, wsiadaj na konia i goń, żeby nas ocalić, goń, jakby tu chodziło o twoje życie.
– Nostromo! – szepnęła pani Gould, pochylając się bardzo nisko. – Ja także nienawidziłam tego srebra z głębi duszy.
– To dziwne, żeby ktoś z was nienawidził bogactw, które tak zręcznie umiecie wydzierać z rąk biedaków. Świat opiera się na biedakach, jak powiada stary Giorgio. Pani zawsze była dobra dla biedaków. Ale na bogactwie ciąży jakaś klątwa. Señora, czy mam pani powiedzieć, gdzie jest ten skarb? Tylko pani… Lśniący! Nieskazitelny!
Bolesna, bezwiedna niechęć drgała w jego głosie, w jego oczach, żalących się kobiecie, która posiadała dar współczującej intuicji. Odwróciła spojrzenie od niegodnej uległości konającego człowieka, przerażona, nie chcąc już słyszeć o srebrze.
– Nie, capatazie – rzekła. – Nikt już o nie się nie upomina. Niech przepadnie na zawsze.
Usłyszawszy te słowa, Nostromo zamknął oczy, nie wymówiwszy ani słowa, nie drgnąwszy nawet. Za drzwiami pokoju, w którym leżał, doktor Monygham, podniecony do najwyższego stopnia, z oczyma pałającymi gorliwością, wyszedł na spotkanie obu kobiet.
– No, pani Gould – odezwał się niemal szorstko z nadmiaru niecierpliwości – proszę mi powiedzieć, czy miałem słuszność. W tym jest jakaś tajemnica. Dostała pani wyjaśnienie, prawda? Powiedział pani…
– Nic mi nie powiedział – odparła pani Gould stanowczo.
Błysk odruchowej niechęci do Nostroma zgasł w oczach doktora Monyghama. Odstąpił ulegle. Nie wierzył pani Gould. Ale jej słowo było prawem. Przyjął jej zaprzeczenie jak nierozwikłany fatalizm, utwierdzający przewagę geniuszu Nostroma nad jego geniuszem. Nawet wobec tej kobiety, którą kochał z tajoną tkliwością, został pokonany przez wspaniałego capataza de cargadores, człowieka, który żył własnym życiem, rozbudziwszy w innych przeświadczenie o swej niezłomnej wierności, rzetelności i odwadze.
– Proszę zaraz posłać kogoś po mój powóz – odezwała się pani Gould spod kaptura. Po czym, zwracając się do Gizeli Viola, zawołała: – Chodź bliżej, dziecko, chodź bliżej! Poczekamy tu.
Gizela Viola, zrozpaczona i dziecinna, z twarzyczką przysłoniętą opadającymi włosami, przytuliła się do jej boku. Pani Gould wsunęła rękę pod ramię niegodnej córki starego Violi, nieskazitelnego republikanina, bohatera bez zmazy. Z wolna, stopniowo głowa dziewczyny, która byłaby poszła za złodziejem na skraj świata, jak więdnący kwiat opadła na ramię doñii Emilii, najznakomitszej damy z Sulaco, małżonki señora administradora kopalni San Tomé. Pani Gould, słuchając jej przytłumionego łkania, z rozstroju i podniecenia przeżyła po raz pierwszy i jedyny w swym życiu chwilę goryczy. Gorycz ta była godna samego doktora Monyghama.
– Uspokój się dziecko. Wkrótce zapomniałby o tobie dla swojego skarbu.
– Señora, on mnie kochał. On mnie kochał – szeptała Gizela rozpaczliwie. – Kochał mnie, jak jeszcze nigdy nikogo nie kochano.
– Ja również byłam kochana – rzekła pani Gould surowym tonem.
Gizela uczepiła się jej kurczowo.
– Och, señora, ale pani będzie wielbiona do końca życia.
Pani Gould zachowywała nieprzerwane milczenie, aż zajechał powóz. Pomogła wsiąść na poły nieprzytomnej dziewczynie. Gdy doktor zamknął drzwiczki, wychyliła się jeszcze ku niemu.
– Czy nie może pan nic zrobić? – szepnęła.
– Nie, pani Gould. Nie pozwala się nawet dotknąć. Ale to nie ma znaczenia. Zdążyłem rzucić okiem… Nie ma rady.
Ale obiecał jeszcze tego samego wieczora zajrzeć do starego Violi i drugiej dziewczyny. Mógł zawezwać łódź policyjną, żeby go zawiozła na wyspę. Pozostał na ulicy, spoglądając za powozem, który potoczył się powoli za białymi mułami.
Wieść o jakimś wypadku, o wypadku kapitana Fidanzy, obiegła po nowych ulicach nadbrzeżnych, gdzie stały rzędy latarń i ciemne kształty spiętrzonych żurawi. Garstka nocnych włóczęgów, najnędzniejszej hołoty, wieszała się u drzwi portowego szpitala, szepcąc między sobą w księżycowej poświacie pustej ulicy.
Przy rannym nie było nikogo prócz bladego fotografa. Wątły, ułomny, krwiożerczy wróg kapitalistów siedział na wysokim stołku u wezgłowia, wspierając brodę na rękach. Sprowadził go pewien towarzysz, który pracował późną nocą w porcie i dowiedział się od Murzyna z załogi lanchy, że przywieziono kapitana Fidanzę, śmiertelnie rannego.
– Czy macie jakieś polecenia, towarzyszu? – pytał niespokojnie. – Nie zapominajcie, że do naszej działalności potrzeba pieniędzy. Bogaczy musimy zwalczać ich własną bronią.
Nostromo nie odpowiedział. Towarzysz nie nalegał. Siedział zakłopotany na stołku. Miał kudłatą, rozczochraną głowę, przypominał garbatą małpę. Dopiero po długim milczeniu zaczął znowu uroczyście:
– Towarzyszu Fidanza, odmówiliście pomocy lekarskiej od tego doktora. Czy on rzeczywiście jest niebezpiecznym wrogiem ludu?
W mrocznym pokoju Nostromo odwrócił powoli głowę na poduszce i otworzył oczy, zwracając zagadkowe, badawcze spojrzenie na dziwaczną postać, która usadowiła się obok jego łóżka. Po czym jego głowa potoczyła się w tył, powieki opadły i capataz de cargadores skonał bez słowa ani jęku, po godzinie bezruchu przerywanej krótkimi dreszczami świadczącymi o najokropniejszych cierpieniach.
Doktor Monygham, płynąc barką policyjną ku wyspom, widział przed sobą blask księżyca na toni zatoki oraz wyniosły, czarny kształt Wielkiej Izabeli pod baldachimem obłoków, od którego padał w dal snop światła.
– Wiosłujcie powoli – odezwał się, zaciekawiony, co tam zastanie. Starał się wyobrazić sobie Lindę i jej ojca i poczuł w sobie jakąś dziwną niechęć. – Wiosłujcie powoli – powtórzył.
Od chwili, kiedy wystrzelił do złodzieja swego honoru, Giorgio Viola nie ruszył się z miejsca. Stał, oparłszy swą starą strzelbę o ziemię, ściskając ręką lufę przy wylocie. Gdy lancha, która zabrała Nostroma, odbiła od brzegu, Linda podeszła i stanęła przed ojcem. Zdawał się nie być świadomy jej obecności, lecz kiedy postradawszy swój wymuszony spokój, zawołała:
– Czy wiecie, kogoście zabili?
Odpowiedział:
– Włóczęgę Ramireza.
Blada, zapatrzona nieprzytomnie w ojca, Linda zaśmiała mu się w twarz. Po chwili zawtórował słabo niskim głosem, jak dalekie echo jej śmiechu. Gdy przestała się śmiać, starzec przemówił jakby zdziwiony:
– Krzyknął głosem mojego syna Gian' Battisty.
Strzelba wypadła z jego otwartej dłoni, ale ramię pozostało na chwilę wyciągnięte, jakby wciąż jeszcze na czymś się wspierało. Linda gwałtownie chwyciła go pod ramię:
– Jesteście za starzy, żeby zrozumieć. Chodźcie do domu.
Pozwolił jej się poprowadzić. Na progu potknął się ciężko i omalże nie upadł na ziemię wraz z córką. Jego podniecenie i ruchliwość w ostatnich kilku dniach były jakby błyskiem dogasającej lampy. Uchwycił się poręczy krzesła:
– Krzyknął głosem mojego syna, Gian' Battisty – powtórzył surowym tonem. – Słyszałem go, tego nędznika Ramireza.
Linda pomogła mu usiąść na krześle i pochyliwszy się nisko, syknąła mu w ucho:
– Zabiliście Gian' Battistę.
Starzec uśmiechnął się pod gęstym wąsem. Kobiety miewają dziwne urojenia.
– A gdzie jest dziecko? – zapytał, zdziwiony przenikliwym chłodem powietrza i niezwykle przyćmionym światłem lampy, przy której miał zwyczaj siadywać do północy nad otwartą Biblią.
Linda zawahała się na chwilę, po czym odwróciła oczy.
– Śpi – rzekła. – Pomówimy o niej jutro.
Nie mogła się przezwyciężyć, by na niego spojrzeć. Przejmował ją grozą i niemal nieznośnym uczuciem litości. Zauważyła zmianę, która w nim zaszła. Nie był zdolny zrozumieć, co uczynił; nawet dla niej wszystko to było niepojęte.
Przemówił z trudnością:
– Daj mi książkę.
Linda położyła na stole zamkniętą księgę w podniszczonej, skórzanej oprawie. Była to Biblia, którą dostał przed laty od pewnego Anglika w Palermo.
– Trzeba było ochronić dziecko – powiedział dziwnym, posępnym głosem.
Za jego krzesłem Linda załamywała ręce, zanosząc się bezgłośnym łkaniem. Nagle pobiegła do drzwi. Usłyszał jej ruch.
– Dokąd idziesz? – zapytał.
– Na latarnię – odrzekła i odwróciła się, by spojrzeć na niego smutno.
– Aha, na latarnię! Si, obowiązek.
Wyprostowany, białowłosy, podobny do starego lwa, bohaterski w swojej skupionym spokoju, sięgnął do kieszeni czerwonej koszuli po okulary, które mu dała doña Emilia. Po długiej chwili bezruchu otworzył księgę i spojrzał z wysoka, przez szkła, na drobny druk w dwu kolumnach. Zakrzepły, surowy wyraz przemknął po jego rysach, drgnęły nieznacznie brwi, jakby w odpowiedzi na jakąś mroczną myśl czy niemiłe wrażenie. Ale ani na chwilę nie odrywał oczu od księgi, choć pochylał się łagodnie, stopniowo, aż jego biała głowa spoczęła na otwartych kartach. Drewniany zegar tykał miarowo na pobielanej ścianie. Powoli stygł Garibaldino i leżał sam, krzepki, niezmożony, jak stary dąb powalony szarpnięciem wichru.
Światło Wielkiej Izabeli paliło się spokojnie nad przeklętym skarbem z kopalni San Tomé. W błękitnawej poświacie bezgwiezdnej nocy latarnia rzucała snop żółtych promieni aż po daleki widnokrąg. Podobna do czarnej plamki na lśniącym zwierciadle Linda, skulona na zewnętrznej galeryjce, opierała głowę o poręcz. Księżyc chylący się ku zachodniej stronie spoglądał na nią, promienny.
U podnóża urwiska ucichł miarowy plusk wioseł płynącej łodzi i doktor Monygham podźwignął się ze swego miejsca.
– Lindo! – krzyknął, zadzierając głowę. – Lindo!
Linda wyprostowała się. Poznała go po głosie.
– Nie żyje? – zawołała, pochylając się przez poręcz.
– Tak, moje biedne dziecko. Popłynę dookoła – odpowiedział doktor z dołu. – Płyńcie do plaży! – rozkazał wioślarzom.
Czarna postać Lindy odcinała się w świetle latarni. Ramiona miała wzniesione nad głową, jakby chciała rzucić się na dół.
– To ja cię kochałam – szeptała, z twarzą stężałą i marmurowo bladą w księżycowej poświacie. – Ja! Tylko ja! Ona zapomni o tobie, zapomni, że zginąłeś marnie dla jej ładnych oczu. Nie rozumiem. Nie rozumiem. Ale nigdy cię nie zapomnę. Nigdy!
Stała cicha i milcząca, zbierając siły, by całą swą wierność, swój ból, rozpacz i mękę zawrzeć w jednym wielkim okrzyku.
– Przenigdy, Gian' Battista!
Doktor Monygham, płynąc dookoła w policyjnej łodzi, usłyszał to imię, brzmiące nad jego głową. Był to jeszcze jeden triumf Nostroma, największy, najbardziej godny zazdrości, najstraszliwszy. W tym okrzyku niegasnącej namiętności, który zdawał się rozlegać od Punta Mala do Azuery i dalej, aż po świetlisty rąbek widnokręgu, nad którym zwieszał się wielki, biały obłok, lśniący jak bryła litego srebra, geniusz wspaniałego capataza de cargadores roztaczał władzę nad ciemną zatokę kryjącą jego zdobycze: skarb i miłość.