Оглавление
- Tom I
- Rozdział pierwszy
- Rozdział drugi
- Rozdział trzeci
- Rozdział czwarty
- Rozdział piąty
- Rozdział szósty
- Rozdział siódmy
- Rozdział ósmy
- Rozdział dziewiąty
- Rozdział dziesiąty
- Rozdział jedenasty
- Rozdział dwunasty
- Rozdział trzynasty
- Rozdział czternasty
- Rozdział piętnasty
- Rozdział szesnasty
- Rozdział siedemnasty
- Rozdział osiemnasty
- Rozdział dziewiętnasty
- Rozdział dwudziesty
- Rozdział dwudziesty pierwszy
- Rozdział dwudziesty drugi
- Rozdział dwudziesty trzeci
- Rozdział dwudziesty czwarty
- Rozdział dwudziesty piąty
- Rozdział dwudziesty szósty
- Rozdział dwudziesty siódmy
- Rozdział dwudziesty ósmy
- Rozdział dwudziesty dziewiąty
- Rozdział trzydziesty
- Rozdział trzydziesty pierwszy
- Rozdział trzydziesty drugi
- Tom II
- Rozdział pierwszy
- Rozdział drugi
- Rozdział trzeci
- Rozdział czwarty
- Rozdział piąty
- Rozdział szósty
- Rozdział siódmy
- Rozdział ósmy
- Rozdział dziewiąty
- Rozdział dziesiąty
- Rozdział jedenasty
- Rozdział dwunasty
- Rozdział trzynasty
- Rozdział czternasty
- Rozdział piętnasty
- Rozdział szesnasty
- Rozdział siedemnasty
- Rozdział osiemnasty
- Rozdział dziewiętnasty
- Rozdział dwudziesty
- Rozdział dwudziesty pierwszy
- Rozdział dwudziesty drugi
- Rozdział dwudziesty trzeci
- Rozdział dwudziesty czwarty
- Rozdział dwudziesty piąty
- Rozdział dwudziesty szósty
- Rozdział dwudziesty siódmy
- Rozdział dwudziesty ósmy
- Rozdział dwudziesty dziewiąty
- Rozdział trzydziesty
- Rozdział trzydziesty pierwszy
- Rozdział trzydziesty drugi
- Rozdział trzydziesty trzeci
- Rozdział trzydziesty czwarty
- Rozdział trzydziesty piąty
- Rozdział trzydziesty szósty
- Rozdział trzydziesty siódmy
- Rozdział trzydziesty ósmy
- Rozdział trzydziesty dziewiąty
- Rozdział czterdziesty
- Rozdział czterdziesty pierwszy
- Rozdział czterdziesty drugi
- Rozdział czterdziesty trzeci
- Rozdział czterdziesty czwarty
- Rozdział czterdziesty piąty
- Rozdział czterdziesty szósty
- Rozdział czterdziesty siódmy
- Rozdział czterdziesty ósmy
- Rozdział czterdziesty dziewiąty
- Rozdział pięćdziesiąty
- Rozdział pięćdziesiąty pierwszy
- Rozdział pięćdziesiąty drugi
- Главная
- Генрик Сенкевич
- 📚 Книги
- Крестоносцы
- Читать онлайн
- Rozdział trzydziesty czwartyRozdział trzydziesty czwarty
Rozdział trzydziesty czwarty
Maćko i Zbyszko długi czas trzymali się w ramionach, gdyż miłowali się wzajem zawsze, a w ostatnich latach wspólne przygody i nieszczęścia uczyniły tę miłość jeszcze silniejszą. Stary rycerz od pierwszego wejrzenia na bratanka odgadł, że Danusi nie ma już na świecie, więc nie pytał o nic, jeno3293 tulił do siebie młodzianka, chcąc przez moc tego uścisku pokazać mu, że nie został zupełnym sierotą i że ma jeszcze bliską żywą duszę, gotową podzielić się z nim niedolą.
Aż dopiero, gdy im smutek i boleść znacznie łzami spłynęły, zapytał po długim milczeniu Maćko:
– Zali3294 wydarli ci ją znów, czyli też ci na ręku skonała?
– Na ręku mi skonała pod samym Spychowem – odrzekł młodzian.
I począł opowiadać, jak i co było, płaczem i wzdychaniami przerywając sobie opowiadanie, a Maćko słuchał uważnie, wzdychał także i w końcu znów jął3295 wypytywać:
– A Jurand żywie jeszcze?
– Juranda żywiącegom3296 odjechał, ale niedługo mu na świecie i pewnie go już nie obaczę.
– To może lepiej było nie odjeżdżać.
– Jakoże mi było was tu ostawiać?
– Parę niedziel3297 wcześniej alibo później, wszystko jedno!
Ale Zbyszko popatrzył na niego bacznie i rzekł:
– I tak musieliście tu chorzeć? Jako Piotrowin3298 wyglądacie.
– Bo choć słonko na ziemi przygrzewa, w podziemiu zawsze zimno i wilgoć tam jest okrutna z takowej przyczyny, że tu naokół zamku wody. Myślałem, że do szczętu3299 spleśnieję. Dychać też nie ma czym i od tego wszystkiego rana mi się odnowiła – ta, wiesz… co to mi w Bogdańcu dopiero po bobrowym sadle szczebrzuch3300 wylazł.
– Pamiętam – rzekł Zbyszko – bośmy po bobra z Jagienką chodzili. A to was tu psubraty w podziemiu trzymali?
Maćko poruszył głową i odpowiedział:
– Żeby ci tak szczerze rzec, to nieradzi3301 oni mnie widzieli i już było ze mną źle. Wielka tu jest zawziętość na Witolda3302 i Żmujdzinów, ale jeszcze większa na tych spomiędzy nas, którzy im pomagają. Próżnom3303 gadał, dlaczegośmy między Żmujdzinów poszli. Byliby mi głowę ucięli i jeśli tak nie uczynili, to jeno dlatego, że im wykupu było żal, bo jako wiesz, pieniądz im nawet i od pomsty wdzięczniejszy, a po wtóre chcieli mieć w ręku dowód, że król Polaków poganom w pomoc posyła. Bo że Żmujdzini niebożęta proszą się o krzest, byle nie z ich rąk, to wiemy, którzyśmy tam byli, ale Krzyżaki udają, że nie wiedzą, i skarżą ich po wszystkich dworach, a z nimi razem i naszego króla.
Tu porwała Maćka zadyszka, tak że musiał na chwilę umilknąć, i dopiero odsapnąwszy, mówił dalej:
– I byłbym może skapiał3304 w podziemiu. Wstawiał ci się za mną po prawdzie Arnold von Baden, któremu też o okup chodziło. Ale on nie ma między nimi nijakiej powagi i nazywają go niedźwiedziem. Szczęściem de Lorche dowiedział się o mnie od Arnolda i okrutnego zaraz narobił warchołu3305. Nie wiem, czy ci o tym powiadał, bo on rad3306 kryje swoje dobre uczynki… Jego oni tu to za coś mają, bo już jeden de Lorche wielkie niegdyś w Zakonie piastował godności, a ten jest znamienitego rodu i bogacz. Mówił im tedy, że sam jest naszym jeńcem i że gdyby mi tu gardło wzięli albo gdybym skapiał z głodu i wilgotności, to ty jemu szyję utniesz. Groził ci kapitule3307, że rozpowie po zachodnich dworach, jak Krzyżacy z pasowanymi rycerzami postępują. Aż zlękli się i wzięli mnie do lazaretu3308, gdzie i powietrze, i strawa lepsza.
– Od Lorchego jednej grzywny nie wezmę, tak mi dopomóż Bóg!
– Miło od nieprzyjaciela brać, ale przyjacielowi słuszna rzecz przepuścić – rzekł Maćko – a skoro jako słyszę, ugoda z królem o wymianę jeńców stanęła, to i za mnie nie potrzebujesz płacić.
– Ba! a nasze słowo rycerskie? – zapytał Zbyszko. – Ugoda ugodą, a Arnold bezecność mógłby nam zadać.
Usłyszawszy to, zatroskał się Maćko, pomyślał nieco i rzekł:
– Ale można by coś odtargować?
– Samiśmy się cenili. Zaliśmy3309 to teraz mniej warci?
Maćko zatroskał się jeszcze bardziej, ale w oczach odbił się podziw i jakby jeszcze większa miłość dla Zbyszka.
– A czci potrafi strzec!… Taki ci się już urodził – mruknął sam do siebie.
I począł wzdychać. Zbyszko myślał, że z żalu o te grzywny3310, które mieli von Badenowi zapłacić, więc rzekł:
– Wiecie! Pieniędzy i tak jest dość, byle ona dola nie była taka ciężka.
– Bóg ci ją odmieni! – rzekł ze wzruszeniem stary rycerz. – Mnie tam niedługo już na świecie.
– Nie powiadajcie! Będziecie zdrowi, niech jeno was wiater przewieje.
– Wiater? Wiater młode drzewo przygnie, a stare złamie.
– Owa! nie próchnieją w was jeszcze gnaty i do starości wam daleko. Nie smućcie się!
– Żeby tobie było wesoło, to i ja bym się śmiał. Wszelako mam ci ja i inną do smutku przyczynę, a prawdą rzekłszy, nie tylko ja, ale i my wszyscy.
– Co zaś? – zapytał Zbyszko.
– A pamiętasz, jakom cię w obozie u Skirwoiłły zgromił za to, żeś moc krzyżacką sławił? W polu juści twardy jest nasz naród, ale tak z bliska, to ja się tutejszym psubratom dopiero teraz przypatrzył!…
Tu Maćko jakby w obawie, aby go kto nie dosłyszał, zniżył głos:
– I teraz widzę, żeś ty był praw3311, nie ja. Niech ręka boska broni, co to za moc, co to za potęga! Swędzą naszych rycerzy ręce i chce im się jak najprędzej k’Niemcom3312, a nie wiedzą, że Krzyżaków wszystkie narody i wszyscy królowie wspomagają, że pieniędzy u nich więcej, że ćwiczenie lepsze, że zamki warowniejsze i sprzęt wojenny godniejszy3313. Niech ręka boska broni!… I u nas, i tu mówią, że do wielkiej wojny przyjść musi i przyjdzie, ale gdy przyjdzie, to niechże Bóg zmiłuje się nad naszym Królestwem i naszym narodem!
Tu objął dłońmi swą szpakowatą głowę, łokcie wsparł na kolanach i zamilkł.
Zbyszko zaś rzekł:
– A widzicie. W pojedynkę niejeden z naszych od nich tęższy3314, ale co do wielkiej wojny, pomiarkowaliście3315 sami.
– Oj, pomiarkowałem! a da Bóg i ci posłowie królewscy pomiarkują także, a zwłaszcza rycerz z Maszkowic3316.
– Widziałem, jako spochmurniał. Wielki z niego sprawca wojenny i powiadają, że nikt na świecie nie rozumie się tak na wojnie.
– Jeśli prawda, to chyba jej nie będzie.
– Jeśli Krzyżacy obaczą, że mocniejsi, to właśnie będzie. I powiem wam szczerze: bogdaj już przyszedł wóz alibo przewóz, gdyż dłużej nie lża3317 nam tak żyć…
I z kolei Zbyszko, jakby przygniecion niedolą własną i powszechną, opuścił głowę, a Maćko rzekł:
– Szkoda zacnego Królestwa, a boję się, by nas Bóg za zbytnią zuchwałość nie pokarał. Pamiętasz, jak to rycerstwo przed katedrą na Wawelu przede mszą, wtedy kiedy ci to mieli głowę uciąć i nie ucięli – samego Tymura Kuternogę3318 wyzywało, któren czterdziestu królestw jest panem i któren3319 góry z głów ludzkich uczynił… Nie dość im Krzyżaków! wszystkich naraz chcieliby wyzwać – i w tym może być obraza boska.
A Zbyszko na owo wspomnienie chwycił się za płowe3320 włosy, bo go niespodzianie ogarnął żal okrutny – i zakrzyknął:
– A któż mnie wówczas od kata zratował, jeśli nie ona! O Jezu! Danuśka moja!… O Jezu!…
I począł drzeć włosy, a następnie gryźć pięści, którymi łkanie chciał potłumić, tak rozskowyczało się w nim serce z nagłego bólu.
– Chłopie! miej Boga w sercu!… cichaj! – wołał Maćko. – Co wskórasz3321? Hamuj się! cichaj!…
Ale Zbyszko długi czas nie mógł się uspokoić i upamiętał3322 się dopiero, gdy Maćko, który był istotnie jeszcze chory, zesłabł tak bardzo, że zachwiał się na nogach i padł na ławę w zupełnym zmysłów zamroczeniu. Wówczas młodzian położył go na tapczanie, pokrzepił winem, które przysłał komtur3323 zamkowy, i czuwał nad nim, póki stary rycerz nie zasnął.
Nazajutrz zbudzili się późno, rzeźwiejsi i wypoczęci.
– No – rzekł Maćko – chyba jeszcze na mnie nie czas, i tak myślę, że byle mnie wiater polny przewiał, to i na koniu dosiedzę.
– Posłowie ostaną jeszcze kilka dni – odpowiedział Zbyszko – bo coraz to do nich ludzie przychodzą z prośbą o jeńców, którzy na Mazowszu albo w Wielkopolsce na rozboju schwytani, ale my możem jechać, kiedy chcecie i kiedy poczujecie się w siłach.
W tej chwili wszedł Hlawa.
– Nie wiesz zaś, co tam czynią posłowie? – spytał go stary rycerz.
– Zwiedzają Wysoki Zamek i kościół – odrzekł Czech. – Komtur zamkowy sam ich oprowadza, a potem pójdą do wielkiego refektarza3324 na obiad, na który i wasze miłości ma mistrz zaprosić.
– A ty coś od rana czynił?
– A ja przypatrywałem się niemieckiej najemnej piechocie, którą kapitanowie ćwiczyli, i przyrównywałem ją z naszą czeską.
– A ty czeską pamiętasz?
– Wyrostkiem mnie pojmał rycerz Zych ze Zgorzelic, ale pamiętam dobrze, bom od małego był do takich rzeczy ciekawy.
– No i cóż?
– A nic! Jużci tęga3325 jest krzyżacka piechota i ćwiczona godnie3326, ale to są woły, a nasi Czesi wilcy. Gdyby tak przyszło co do czego, to przecie wasze miłoście wiedzą: woły wilków nie jadają, a wilki okrutnie na wołowinę łakome.
– Prawda jest – rzekł Maćko, który widocznie coś o tym wiedział – kto się o waszych otrze, to jako od jeża odskoczy.
– W bitwie konny rycerz za dziesięciu piechoty stanie3327 – rzekł Zbyszko.
– Ale Marienburga jeno piechota może dobyć – odpowiedział giermek.
I na tym skończyła się rozmowa o piechocie, gdyż Maćko, idąc za biegiem swych myśli, rzekł:
– Słysz, Hlawa, dziś, jak podjem i poczuję się w mocy – to pojedziemy.
– A dokąd? – spytał Czech.
– Wiadomo, że na Mazowsze. Do Spychowa – rzekł Zbyszko.
– I tam już ostaniem?…
Na to spojrzał Maćko na Zbyszka pytającym wzrokiem, gdyż dotychczas nie było między nimi mowy o tym, co dalej uczynią. Młodzian może miał gotowe postanowienie, ale nie chciał nim widocznie stryjca zasmucić, więc rzekł wymijająco:
– Wpierw musicie wydobrzeć3328.
– A potem co?
– Potem? Wrócicie do Bogdańca. Wiem, jako Bogdaniec miłujecie.
– A ty?
– I ja go miłuję.
– Nie mówię, żebyś do Juranda nie jechał – rzekł powoli Maćko – bo jeśli zamrze, to pogrześć3329 go przystojnie należy, ale ty bacz, co powiem, gdyż, jako młody, rozumem mi nie dorównasz. Nieszczęśliwa to jakowaś ziemia ten Spychów. Co cię spotkało dobrego – to gdzie indziej, a tam nic, jeno strapienia ciężkie i frasunki3330.
– Prawdę mówicie – rzekł Zbyszko – ale tam Danusina truchełka3331…
– Cichaj! – zawołał Maćko w obawie, że Zbyszka chwyci taki sam niespodziany ból jak wczoraj.
Ale na twarzy młodzianka odbiło się tylko rozrzewnienie i smutek.
– Będzie czas uradzać – rzekł po chwili. – W Płocku i tak musicie odpocząć.
– Starunku3332 waszej miłości tam nie zbraknie – wtrącił Hlawa.
– Prawda! – rzekł Zbyszko – wiecie, że tam jest Jagienka? Jest dwórką przy księżnie Ziemowitowej3333. Ba – ale przecie wiecie, boście ją sami tam przywieźli. Była i w Spychowie. Aż mi to dziwno, żeście mi nic o niej u Skirwoiłły nie wspomnieli.
– Nie tylko była w Spychowie, ale bez niej Jurand alboby dotychczas macał koszturem drogi, alboby zamarł gdzie przy drodze. Przywiozłem ją do Płocka wedle opatowego dziedzictwa, a nie wspomniałem ci o niej, bo choćbym był wspomniał, byłoby to samo. Na nic tyś, niebożę, wówczas nie baczył.
– Wielce ona was kocha – rzekł Zbyszko. – Chwalić Boga, że nijakie listy nie były potrzebne, ale ona od księżny dostała listy za wami i przez księżnę od posłów krzyżackich.
– Niech Bóg za to dziewce błogosławi, bo lepszej na świecie nie ma! – rzekł Maćko.
Dalszą rozmowę przerwało im wejście Zyndrama z Maszkowic i Powały z Taczewa, którzy zasłyszawszy o wczorajszym omdleniu Maćka, przyszli go dziś odwiedzić.
– Pochwalony Jezus Chrystus! – rzekł przestąpiwszy próg Zyndram. – Jakoże wam dziś?
– Bóg zapłać! Pomału! Zbyszko prawi3334, że byle mię wiater obwiał, to będzie całkiem dobrze.
– Co nie ma być?… będzie! Wszystko będzie dobrze – wtrącił Powała.
– Wywczasowałem3335 się też na porządek! – odrzekł Maćko. – Nie tak jak wasze miłoście, którzy jako słyszę, ranoście wstali.
– Naprzód przychodzili do nas ludzie tutejsi mianować3336 jeńców – rzekł Zyndram – a potem oglądaliśmy gospodarstwo krzyżackie: Przedzamcze i oba zamki.
– Tęgie gospodarstwo i tęgie zamki! – mruknął posępnie Maćko.
– Pewnie, że tęgie. Na kościele są arabskie ozdobności, o których powiadali Krzyżacy, że się takiego murowania od Saracenów3337 w Sycylii nauczyli, a w zamkach komnaty ci osobliwe, na słupcach w pojedynkę alibo gromadami stojących. Obaczycie sami wielki refektarz. Utwierdzenie3338 też wszędy okrutne, jakiego nigdzie nie masz. Takich murów i kula kamienna, chociażby największa nie ugryzie. Wiera3339, iż miło patrzeć…
Zyndram mówił to tak wesoło, że Maćko spojrzał na niego zdziwiony i zapytał:
– A bogactwo ich, a porządki, a wojsko i gości – widzieliście?
– Wszystko nam pokazywali niby z gościnności, a w rzeczy3340 dlatego, aby serce w nas upadło.
– No i cóż?
– Ano, da Bóg, że jak przyjdzie wojna, wyżeniem3341 ich het, za góry i morza – tam, skąd przyszli.
A Maćko, przepomniawszy3342 w tej chwili o chorobie, aż zerwał się na równe nogi ze zdziwienia.
– Jak to, panie – rzekł. – Mówią, że rozum macie bystry… Bo mnie aż zemdliło, gdym się ich potęgi napatrzył… Dla Boga! z czegoż to miarkujecie?
Tu zwrócił się do bratanka:
– Zbyszku, każ zaś to wino, które nam przysłali, postawić. Siadajcie, wasze moście, i mówcie, bo lepszej driakwi3343 żaden medyk na moje choróbsko nie wymyśli.
Zbyszko, zaciekawion też bardzo, sam postawił dzbaniec z winem, a przy nim kubki, po czym siedli naokół stołu i pan z Maszkowic tak mówić począł:
– Utwierdzenie to jest nic, bo co ręką ludzką stawiane, to ręka ludzka zburzyć zdoła. Wiecie, co trzyma w kupie cegły? – wapno! A wiecie, co ludzi? – miłość.
– Rany boskie! miód wam, panie, z gęby płynie – zawołał Maćko.
A Zyndram uradował się w sercu tą pochwałą i tak dalej rzecz prowadził:
– Z tutejszych ludzi – ten ci ma u nas w pętach brata, ten syna, ten krewniaka, inny zięcia alibo kogo. Komturowie graniczni każą im na rozbój do nas chodzić – więc niejeden polegnie i niejednego nasi ułapią. Ale że tu już się zwiedzieli ludzie o ugodzie między królem a mistrzem – przychodzili tedy do nas od samego rana podawać nazwiska jeńców, które nasz pisarz spisywał. Był naprzód bednarz tutejszy, możny mieszczanin, Niemiec, mający dom w Malborgu, który w końcu rzekł: „Bym mógł waszemu królowi i Królestwu w czym się przysłużyć, nie tylko bym majętność, ale i głowę oddał”. Odprawiłem go myśląc, że Judasz. Ale potem przychodzi ksiądz świecki spod Oliwy, prosi o brata i tak powiada: „Prawda-li to, panie, że na naszych pruskich panów wojną nastąpicie? bo wiedzcie, że tu już cały naród, gdy mówi: »Przyjdź Królestwo Twoje«, to o waszym królu myśli”. Było potem o synów dwóch szlachty, co na lennych ziemiach wedle3344 Sztumu siedzą; byli kupcy z Gdańska, byli rzemieślnicy, był, który dzwony w Kwidzyniu leje, była różnych ludzi kupa – i wszyscy gadali to samo.
Tu przerwał pan z Maszkowic, wstał, obaczył, czy za drzwiami nikt nie podsłuchuje, i wróciwszy, kończył przyciszonym nieco głosem:
– Długom ja o wszystko wypytywał. Nienawidzą w całych Prusiech Krzyżaków i księża, i szlachta, i mieszczanie, i kmiecie3345. I nienawidzi ich nie tylko ten naród, któren3346 naszą alibo pruską mową mówi, ale nawet i Niemcy. Kto musi służyć, służy – ale zaraza każdemu milsza niż Krzyżak. Ot, co jest…
– Ba, ale co się to ma do krzyżackiej mocy – rzekł niespokojnie Maćko.
A Zyndram pogładził dłonią swoje potężne czoło, pomyślał chwilę, jakby szukał porównania, a wreszcie uśmiechnął się i zapytał:
– Potykaliście się kiedy w szrankach3347?
– Jużci i nieraz – odrzekł Maćko.
– To jakże myślicie? Nie zwali ci się z konia przy pierwszym starciu rycerz, choćby najmocniejszy, ale taki, któren ma poderżnięty poprąg3348 u siodła i strzemiona?
– Jako żywo!
– No, widzicie: Zakon to taki rycerz.
– Prze Bóg! – zawołał Zbyszko. – Pewnie i w książce nic lepszego nie wyczytasz!
A Maćko aż wzruszył się i rzekł nieco drżącym głosem:
– Bóg wam zapłać. Na waszą głowę, panie, chyba umyślnie płatnerz3349 musi hełm robić, bo gotowego na nią nigdzie nie masz.