XXIV. Stolica

Ileż zgiełku, iluż krzątających się ludzi! Ileż marzeń o przyszłości w dwudziestoletniej głowie! Cóż za odtrutka dla miłości!

Barnave

Wreszcie ujrzał na odległej górze czarne mury: była to cytadela w Besançon. „Jakżeby to było inaczej – pomyślał, wzdychając – gdybym przebywał do tej wspaniałej fortecy jako podporucznik pułku walczącego w jej obronie!”

Besançon jest nie tylko jednym z najładniejszych miast we Francji; obfituje prócz tego w tęgich i bystrych ludzi. Ale Julian był sobie prostym i ubogim chłopcem; nie miał zgoła sposobności zbliżyć się do wybitniejszych osób.

Pożyczył od Fouguégo zwykłego ubrania i w tym stroju przeszedł zwodzony most. Z głową nabitą oblężeniem z r. 1764, Julian pragnął zobaczyć, nim go zamkną w seminarium, szańce cytadeli. Parę razy omal go nie przytrzymała warta; wciskał się w miejsca, do których inżynieria wojskowa broni publiczności wstępu, aby sprzedać z nich corocznie za dwanaście lub piętnaście franków siana.

Oglądanie wysokich murów, głębokich fos, straszliwych armat zajęło mu kilka godzin; wreszcie znalazł się na bulwarze tuż przed wielką kawiarnią. Stanął niemy z podziwu; próżno czytał słowo KAWIARNIA wypisane wielkim pismem nad ogromnymi drzwiami, nie mógł uwierzyć oczom. Przemógł wreszcie lękliwość, odważył się wejść i znalazł się w sali długiej na trzydzieści lub czterdzieści kroków, a wysokiej co najmniej na dwanaście stóp. Tego dnia wszystko było dlań cudem.

Dwa bilardy były w ruchu; garsoni38 wykrzykiwali punkty, gracze uwijali się otoczeni widzami. Obłoki dymu spowijały ich siną chmurą. Wysoka postawa mężczyzn, barczyste ramiona, ciężki chód, olbrzymie bokobrody, długie surduty, wszystko ściągało uwagę Juliana. Ci szlachetni potomkowie starożytnego Bisontium mówili strasznie głośno i przybierali miny groźnych wojowników. Julian zmartwiał w podziwie; myślał o ogromie i wspaniałości stolicy takiej jak Besançon. Nie śmiał poprosić o kawę jednego z wyniosłych panów, którzy wykrzykiwali punkty przy bilardzie.

Ale bufetowa zauważyła ładną twarzyczkę młodego prostaka, który przystanąwszy o trzy kroki od pieca z małym tobołkiem pod pachą, przyglądał się gipsowemu biustowi monarchy. Bufetowa, rosła dziewczyna, bardzo zgrabna i ubrana jak się godzi reprezentantce przyzwoitej kawiarni, dwa razy już szepnęła stłumionym głosem przeznaczonym dla ucha Juliana: „Panie, panie!”. Julian ujrzał duże niebieskie oczy patrzące bardzo tkliwie i zrozumiał, że do niego mówiono.

Zbliżył się żywo do bufetu i do ładnej dziewczyny, jak gdyby szedł do nieprzyjaciela. Przy nagłym ruchu tobołek upadł mu na ziemię.

Ileż politowania wzbudzi nasz parafianin w studencikach paryskich, którzy w piętnastym roku umieją już wchodzić do kawiarni z tak wytworną miną! Ale ci chłopcy, tak dobrze ułożeni w piętnastym roku, w osiemnastym pospolicieją. Kurczowa nieśmiałość, jaką spotyka się na prowincji, raz przezwyciężona staje się szkołą woli. Zbliżając się do ślicznej dziewczyny, która raczyła doń zagadać, Julian, zdławiwszy lęk, stawał się odważny. Pomyślał: „Muszę jej powiedzieć prawdę”.

– Pani – rzekł – jestem pierwszy raz w Besançon i chciałbym za zapłatą dostać bułkę i filiżankę kawy.

Panna uśmiechnęła się lekko i zarumieniła, bała się, aby ten ładny chłopiec nie ściągnął na siebie ironii i konceptów graczy. Spłoszony, nie pokazałby się więcej.

– Siądź pan tu, koło mnie – rzekła, wskazując marmurowy stolik prawie zupełnie zasłonięty olbrzymim mahoniowym bufetem.

Wychyliła się z bufetu, co dało jej sposobność rozwinięcia wspaniałej talii. Julian zauważył to; natychmiast myśli jego wzięły inny obrót. Piękna panna postawiła przed nim filiżankę, cukier i bułkę. Zawahała się, czy ma zawołać o kawę, rozumiejąc, że z nadejściem garsona sam na sam skończyłoby się.

Julian zamyślony porównywał tę wesołą i piękną blondynę z pewnymi wspomnieniami oblegającymi go uparcie. Świadomość uczucia, które zostawił za sobą, uczyniła go śmielszym. Piękna panna w lot zrozumiała spojrzenie Juliana.

– Ten dym przyprawia pana o kaszel, niech pan przyjdzie na śniadanie jutro przed ósmą; wówczas jestem prawie sama.

– Jak pani na imię? – spytał Julian z pieszczotliwym, mimo iż uroczo nieśmiałym uśmiechem.

– Amanda Binet.

– Czy pozwoli pani, abym przesłał pani za godzinę paczkę, ot, taką jak ta?

Piękna panna zastanowiła się nieco.

– Pilnują mnie: to by mnie mogło narazić, ale napiszę panu swój adres na kartce, którą pan przypnie do pakunku. Niech pan przyśle bez obawy.

– Nazywam się Julian Sorel – rzekł chłopiec – nie mam tu nikogo.

– A, rozumiem – rzekła wesoło – przybył pan do szkoły prawnej.

– Niestety, nie – odparł Julian – przysłano mnie do seminarium.

Głębokie rozczarowanie odbiło się na twarzy Amandy; zawołała garsona, już się przestała obawiać. Garson, nie patrząc na Juliana, nalał mu kawy.

Amanda odbierała przy bufecie pieniądze; Julian dumny był, że się ośmielił przemówić. Przy bilardzie wszczęła się kłótnia. Krzyki i wymyślania graczy rozlegające się w olbrzymiej sali robiły hałas, który pochłonął uwagę Juliana. Amanda zamyśliła się i spuściła oczy.

– Jeżeli pani pozwoli – rzekł nagle śmiało – powiem, że jestem jej kuzynem.

Determinacja ta spodobała się Amandzie. „Zuch chłopak” – pomyślała. Odparła szybko, nie patrząc nań i śledząc bacznie, czy się kto nie zbliża:

– Jestem z Genlis koło Dijon, powiedz pan, że jesteś też z Genlis, krewny mojej matki.

– Nie zapomnę.

– Co czwartek o godzinie piątej seminarzyści przechodzą koło tej kawiarni.

– Jeżeli pani będzie o mnie myślała, proszę, kiedy będę przechodził, byś miała w ręku bukiecik fiołków.

Amanda spojrzała nań zdziwiona, spojrzenie to spotęgowało odwagę Juliana; mimo to zarumienił się mocno, mówiąc:

– Czuję, że zakochałem się w pani na śmierć.

– Ciszej, na miłość boską – rzekła przestraszona.

Julian silił się przypomnieć sobie frazesy z luźnego tomu Nowej Heloizy, który znalazł w Vergy. Pamięć posłużyła mu dobrze; dziesięć minut recytował oczarowanej Amandzie Nową Heloizę; upojony był własną śmiałością, kiedy nagle bufetowa przybrała wyraz lodowaty. Któryś z jej kochanków zjawił się w drzwiach.

Zbliżył się do bufetu, pogwizdując i wypinając pierś, mimo woli spojrzał na Juliana. Natychmiast w wyobraźni chłopca wciąż poruszającej się w krańcowych wyobrażeniach, błysła myśl pojedynku. Zbladł, odsunął filiżankę, przybrał minę bardzo pewną siebie i zaczął bystro wpatrywać się w rywala. Gdy ten pochylił się nad bufetem, nalewając sobie poufale kieliszek wódki, Amanda spojrzeniem nakazała Julianowi, aby spuścił oczy. Usłuchał i przez dwie minuty trwał nieruchomo w miejscu blady, gotów na wszystko, nie myśląc o tym, co się stanie; w tej chwili wyglądał w istocie chwacko. Wyraz Juliana uderzył jego rywala; przełknął jednym haustem kieliszek wódki, rzucił parę słów Amandzie, wsadził ręce w kieszenie obszernego surduta, po czym odszedł do bilardu gwiżdżąc i patrząc w stronę Juliana. Julian podrażniony wstał; ale nie wiedział, co zrobić, aby się zachować wyzywająco. Położył tobołek, po czym rozmyślnie niedbałym krokiem zbliżył się do bilardu.

Próżno rozsądek mówił mu, że pojedynek na samym wstępie położyłby koniec jego duchownej karierze.

„Mniejsza! Nie powie nikt, żem pozwolił sobie ubliżać”.

Amandę ujęła jego odwaga, stanowiąca uroczy kontrast z nieśmiałością chłopca; w jednej chwili pobił w jej oczach surdutowego dryblasa. Wstała i udając, iż zauważyła kogoś przechodzącego ulicą, zagrodziła drogę Julianowi:

– Nie waż się szukać zwady z tym panem. To mój szwagier.

– Wszystko jedno. Przyglądał mi się.

– Chcesz mego nieszczęścia? Oczywiście, przyglądał ci się, może cię nawet zagadnie. Powiedziałam mu, że jesteś krewny mojej matki i że przybywasz z Genlis. On jest z Franche-Comté i nigdy nie wyściubił nosa poza Dôle; możesz mówić, co ci się podoba, nie lękaj się o nic.

Julian wahał się jeszcze; ona kłamała szybko dalej, z zawodową wprawą bufetowej:

– Oczywiście przyglądał ci się, bo właśnie w tej chwili pytał mnie, kto ty jesteś; on już jest taki poufały ze wszystkimi, nie chciał cię obrazić.

Oko Juliana pobiegło w stronę mniemanego szwagra, właśnie obstawiał numer przy drugim bilardzie. Julian usłyszał, jak krzyknął grzmiącym głosem: Tu pieniądze! Wyminął szybko Amandę i poszedł do bilardu. Amanda chwyciła go za ramię.

– Zapłać pan najpierw – rzekła.

„Słusznie – pomyślał Julian – boi się, abym nie wyszedł bez zapłacenia”. Amanda była równie zmieszana jak on i bardzo czerwona; Wydała mu resztę jak mogła najwolniej, równocześnie mówiąc cicho:

– Wyjdź natychmiast z kawiarni, albo cię nie chcę znać, a chciałabym bardzo…

Julian wyszedł, ale z wolna. „Czy nie jest moim obowiązkiem – powtarzał sobie – abym teraz ja przyjrzał się temu brutalowi?” W tej niepewności stał godzinę na ulicy: czekał, czy rywal nie przyjdzie. Nie zjawił się, Julian odszedł wreszcie.

Bawił w Besançon dopiero od kilku godzin, a już napytał się zgryzoty. Stary chirurg udzielił mu niegdyś mimo swej podagry paru lekcji fechtunku; oto cała umiejętność, jaką Julian miał w paroksyzmie swego gniewu na podorędziu. Ale kłopot ten byłby niczym, gdyby Julian wiedział, w jaki sposób wyrazić swoje niezadowolenie inaczej niż policzkując przeciwnika; otóż gdyby przyszło do walki ręcznej, rywal jego, olbrzymi dryblas, poturbowałby go i odszedł spokojnie.

„Dla takiego nieboraka jak ja – myślał Julian – bez stosunków i bez pieniędzy, niewielka będzie różnica między seminarium a więzieniem; trzeba mi złożyć świecką odzież w jakiej gospodzie, gdzie przebiorę się na czarno. Jeśli mi się uda kiedy wyrwać na kilka godzin, będę mógł przebrać się znowu i odwiedzić Amandę. Rozumowanie było bardzo piękne, ale Julian mijał jedną gospodę po drugiej, nie śmiejąc wejść.

Wreszcie kiedy przechodził pod Hotelem Ambasadorów, niespokojne jego oczy spotkały się z oczami zażywnej kobiety, dość młodej jeszcze, rumianej, o wesołej i życzliwej twarzy. Zbliżył się i zwierzył ze swego kłopotu.

– Oczywiście, mój śliczny księżuniu – odparła gospodyni – przechowam twoje suknie, nawet przetrzepię je od czasu do czasu. W tej porze niedobrze jest zostawić sukienne ubranie, nie ruszając go po trosze.

Wzięła klucz i zaprowadziła go sama do pokoju, polecając spisać na kartce, co zostawia.

– Boże drogi, ależ panu do twarzy w tym stroju, księże Sorel – rzekła pulchna kobieta, kiedy Julian zeszedł do kuchni. – Zaraz panu przygotuję smaczny obiadek; i – dodała ciszej – będzie pana kosztował tylko dwadzieścia su, a nie pięćdziesiąt, jak wszyscy płacą! Trzeba oszczędzać pańską sakiewkę.

– Mam dziesięć ludwików – rzekł Julian z niejaką dumą.

– Och, dobry Boże! – zawołała poczciwa gospodyni z przestrachem. – Niech pan nie mówi tak głośno, dosyć jest nicponiów w Besançon. Ukradną to panu, ani się obejrzysz. Zwłaszcza nie zachodź nigdy do kawiarni: aż się tam roi od hultajów.

– A, tak? – rzekł Julian, któremu te słowa dały do myślenia.

– Przychodź pan tylko do mnie: sama zrobię panu kawę. Pamiętaj, że zawsze znajdziesz tu życzliwe serce i dobry obiad za franka: to się nazywa chyba uczciwie mówić. A teraz do stołu: obsłużę pana sama.

– Nie mógłbym jeść – rzekł Julian – nadto jestem wzruszony: prosto stąd mam iść do seminarium.

Przed odejściem poczciwa kobieta wypchała mu kieszenie przysmakami. Wreszcie Julian puścił się w stronę straszliwego przybytku; gospodyni, stojąc w drzwiach, wskazywała mu drogę.

СкороКнижный режим