Оглавление
- Wstęp
- Rozdział I
- Rozdział II
- Rozdział III
- Rozdział IV
- Rozdział V
- Rozdział VI
- Rozdział VII
- Rozdział VIII
- Rozdział IX
- Rozdział X
- Rozdział XI
- Rozdział XII
- Rozdział XIII
- Rozdział XIV
- Rozdział XV
- Rozdział XVI
- Rozdział XVII
- Rozdział XVIII
- Rozdział XIX
- Rozdział XX
- Rozdział XXI
- Rozdział XXII
- Rozdział XXIII
- Rozdział XXIV
- Rozdział XXV
- Rozdział XXVI
- Rozdział XXVII
- Rozdział XXVIII
- Rozdział XXIX
- Rozdział XXX
- Rozdział XXXI
- Rozdział XXXII
- Rozdział XXXIII
- Rozdział XXXIV
- Rozdział XXXV
- Rozdział XXXVI
- Posłowie
Rozdział IX
Tego wieczoru, jak zwykle, Tomkowi i Sidowi kazano iść spać o godzinie wpół do dziesiątej. Zmówili pacierz i Sid wkrótce usnął. Tomek leżał z otwartymi oczami i czekał niecierpliwie. Kiedy był już przekonany, że niedługo zacznie świtać, zegar wybił dziesiątą. Ogarnęła go rozpacz. Nie mógł za bardzo kręcić się w łóżku, bo bał się obudzić Sida. Leżał więc cicho, wpatrzony w ciemność. Dokoła panowała absolutna cisza. Dopiero po pewnym czasie poczęły się z niej wyłaniać stłumione, ledwie dosłyszalne odgłosy. Najpierw doszło do jego świadomości tykanie zegara. Stare belki zaczęły trzeszczeć tajemniczo. Cicho skrzypiały schody. Widocznie duchy chodziły po domu. Z pokoju ciotki dochodziło regularne stłumione chrapanie. Potem zaczęło się denerwujące ćwierkanie świerszcza. Następnie upiorne kołatanie kornika w ścianie, tuż nad głową Tomka, przejęło go dreszczem; oznaczało ono bowiem, że czyjeś dni są policzone. Dalekie wycie psa przerwało ciszę nocną – odpowiedziało mu drugie, jeszcze dalsze.
Tomek był w śmiertelnym strachu. Wreszcie stwierdził, że czas się skończył i rozpoczęła się wieczność. Mimo woli, choć walczył ze sobą, zapadał w półsen. Zegar wybił jedenastą, ale Tomek już tego nie słyszał. Wtem, w jego pierwsze senne majaki, wpadło jakieś melancholijne miauczenie kota. Trzask otwieranego gdzieś w sąsiedztwie okna, spłoszył sen. Gniewny okrzyk: „Przeklęte kocisko!” i brzęk rozbitej butelki, oprzytomniły go zupełnie. W ciągu minuty był ubrany; wyskoczył oknem, przelazł po dachu na czworakach, miauknął ostrożnie raz czy dwa, zsunął się na dach drwalni, a stamtąd zeskoczył na ziemię. Pod drwalnią stał Huck Finn ze swoim zdechłym kotem. Chłopcy ruszyli w drogę i zniknęli w ciemnościach. Pół godziny później brodzili już w bujnej trawie cmentarza.
Był to cmentarz podobny do wszystkich innych starych cmentarzy w zachodniej Ameryce. Leżał na wzgórzu w odległości około dwóch kilometrów od miasteczka. Otaczały go zmurszałe, powyginane we wszystkie strony sztachety, porastała bujna trawa i zielsko. Stare groby pozapadały się w ziemię. Nagrobków w ogóle nie było widać, tylko półokrągłe, zbutwiałe, zjedzone przez robaki tabliczki pochylały się nad grobami. Kiedyś napisano na nich słowa: „Świętej pamięci…”, ale dziś większość napisów była nieczytelna, nawet w dzień.
Lekki wiatr zajęczał w gałęziach drzew, a Tomek pomyślał ze strachem, że to dusze zmarłych skarżą się na tych, którzy zakłócają ich spokój. Mówili niewiele i tylko szeptem, bo czas, miejsce i uroczysta cisza dokoła działały na nich przygnębiająco i napełniały serca zabobonnym lękiem. Odszukali świeżo usypany, kanciasty grób i ukryli się za trzema wielkimi wiązami, które rosły tuż obok.
Czekali w milczeniu, a czas dłużył im się niczym wieczność. Dalekie pohukiwanie puszczyka było jedynym głosem, zakłócającym grobową ciszę. Tomkowi było coraz bardziej nieswojo. Musiał za wszelką cenę rozpocząć jakąś rozmowę. Szepnął więc cichutko:
– Powiedz, Huck, jak myślisz, czy zmarli gniewają się na nas, że tu przyszliśmy?
Huck również odpowiedział szeptem:
– Też chciałbym to wiedzieć. Strasznie tu uroczyście, no nie?
– Aha.
Nastąpiła dłuższa przerwa, w czasie której chłopcy rozważali tę sprawę we własnych myślach.
Potem Tomek znów szepnął:
– Ciekawe, czy stary Hoss Williams słyszy nas, jak rozmawiamy?
– Oczywiście, a przynajmniej jego dusza.
Tomek po chwili:
– Szkoda, że nie powiedziałem: pan Williams. Ale nie chciałem go obrazić. Wszyscy tak o nim mówili.
– Zawsze, jak się mówi o nieboszczykach, trzeba zachować największą ostrożność, Tomku.
To nie zachęcało do dalszej rozmowy i chłopcy znów zamilkli. Nagle Tomek chwycił Hucka za ramię i szepnął:
– Pssst!
– Tomek, co to?! – i obaj przylgnęli do siebie, a serca waliły im jak młoty.
– Pssst! Znowu! Nie słyszysz?
– Ja…
– Tam! Słyszysz teraz?
– Jezus Maria! Idą, Tomek, to na pewno diabły! Co robić?
– Nie wiem. Jak myślisz, zobaczą nas?
– Och, Tomek, one widzą w ciemności jak koty. Po cośmy tu przyszli!
– Cicho! Może nam nic nie zrobią. W końcu my też nie zrobiliśmy im nic złego! Zresztą siedźmy cichutko, to może w ogóle nas nie zauważą.
– Dobra, siedźmy cichutko. Boże, Tomek, cały się trzęsę!
– Słyszysz?
Chłopcy pochylili się ku sobie i ledwie śmieli oddychać. Z drugiej strony cmentarza dolatywały jakieś przytłumione głosy.
– Patrz, widzisz? – szepnął Tomek. – Co to?
– To ognie diabelskie! Tomek, to straszne!
Kilka niewyraźnych postaci zbliżało się do nich w ciemności, kołysząc starą blaszaną latarnią. Huck wyszeptał z przerażeniem:
– To diabły!! Na pewno! Trzy! Boże! Tomku, już po nas! Módl się!
– Spróbuję, ale one przecież nie przychodzą po nas… Aniele Boży, stróżu mój…
– Pssst!
– Huck, co to?
– To ludzie! A przynajmniej jeden z nich jest człowiekiem. Poznaję głos starego Muffa Pottera.
– Serio?!
– Przysięgam! Tylko nie ruszaj się! Ten nas na pewno nie zobaczy. Jest zupełnie pijany, zresztą jak zwykle.
– Ciiicho! Stanęli. Szukają czegoś. Nie mogą znaleźć. Znowu idą. Rany, idą prosto na nas! Wiesz co, Huck, ja znam głos tego drugiego: to pół-Indianin Joe.
– Tak, to ten przeklęty mieszaniec! Wolałbym już zobaczyć diabła. Czego oni tu chcą?
Szepty zamilkły, bo trójka doszła do grobu i zatrzymała się w odległości zaledwie kilku metrów od kryjówki chłopców.
– To tutaj – powiedział trzeci głos. Właściciel głosu podniósł wyżej latarnię i w jej świetle chłopcy ujrzeli twarz młodego doktora Robinsona.
Potter i pół-Indianin Joe nieśli mary, a na nich kilka łopat i sznur. Rzucili to wszystko na ziemię i zabrali się do rozkopywania grobu. Doktor postawił latarnię przy grobie i usiadł pod wiązami. Był od chłopców na wyciągnięcie ręki.
– Ludzie, prędzej! – odezwał się cichym głosem. – Lada chwila może wzejść księżyc.
Tamci dwaj odburknęli coś i kopali dalej. Przez pewien czas słychać było tylko jednostajne skrzypienie łopat i szelest wyrzucanej ziemi i żwiru.
Wreszcie trumna, uderzona łopatą, wydała głuchy, drewniany odgłos. W chwilę potem wydobyli ją na wierzch. Podważyli łopatami wieko, wyciągnęli trupa i bez ceremonii rzucili go na ziemię. Księżyc wyszedł zza chmur i oświetlił siną twarz zmarłego. Ustawili nosze, ułożyli na nich zwłoki, nakryli je płachtą i przywiązali sznurem. Potter wyciągnął duży nóż sprężynowy i uciął kawałek zwisającego sznura.
– Zrobione – powiedział. – Ma pan swoje kości do piłowania. A teraz wyciągnij no pan jeszcze piątkę, bo inaczej go tu zostawimy.
– Dobrze powiedziane! – dodał pół-Indianin.
– Jak to? Co to znaczy? – zdenerwował się doktor. – Przecież żądaliście zapłaty z góry i otrzymaliście ją!
– O tak, a ja dostałem coś jeszcze – odparł pół-Indianin, podchodząc do doktora, który wstał z miejsca. – Pewnego wieczoru pięć lat temu wypędziłeś mnie jak psa z kuchni twojego ojca, kiedy prosiłem o coś do jedzenia. Powiedziałeś, że przyszedłem ze złymi zamiarami. A gdy przysięgłem, że kiedyś się z tobą porachuję, choćby za sto lat, twój ojciec kazał mnie zamknąć jak włóczęgę. Myślałeś, że zapomnę? Nie darmo płynie we mnie indiańska krew. Teraz wpadłeś w moje ręce i zapłacisz mi za to! – wygrażał doktorowi pięścią przed samym nosem.
Nagle doktor zamachnął się i jednym uderzeniem powalił łotra na ziemię. Potter wypuścił nóż z ręki i wrzasnął:
– Co?! Bijesz mojego kolegę?! – i rzucił się na doktora.
Zwarli się ze sobą z całych sił; wygniatali trawę i ryli obcasami ziemię.
Tymczasem pół-Indianin Joe zerwał się na nogi, oczy płonęły mu nienawiścią. Chwycił nóż Pottera i skradając się kocimi ruchami, obchodził walczących, wypatrując odpowiedniej chwili. Naraz doktor gwałtownym odepchnięciem wyrwał się z rąk Pottera, chwycił ciężkie wieko trumny Williamsa i uderzył nim przeciwnika w głowę. W tej samej chwili mieszaniec wbił młodemu mężczyźnie w pierś nóż aż po rękojeść. Doktor zachwiał się i runął na Pottera, obryzgując go krwią. Chmury przysłoniły księżyc i ciemność skryła okropny widok. Śmiertelnie przerażeni chłopcy rzucili się do ucieczki.
Gdy księżyc znów wypłynął, pół-Indianin stał nad dwoma leżącymi ciałami i przyglądał się im w milczeniu. Doktor bezgłośnie poruszył kilka razy wargami, westchnął głęboko dwa razy i skonał.
– Rachunek wyrównany, psie! – warknął mieszaniec.
Potem obrabował zwłoki, wcisnął zdradziecki nóż w otwartą prawą dłoń Pottera i usiadł na rozwalonej trumnie. Po kilku minutach Potter poruszył się i jęknął. Ścisnął nóż w ręku, podniósł go do oczu, spojrzał i przerażony upuścił na ziemię. Wstał chwiejnie, spychając z siebie ciało zabitego; chwilę spoglądał nieprzytomnie to na zwłoki, to na Joego, potem błędnym wzrokiem rozejrzał się dokoła.
– Boże! Co to znaczy, Joe?! – wykrztusił.
– Kiepska sprawa – odparł Joe spokojnie. – Dlaczego właściwie to zrobiłeś?
– Ja?! Ja tego nie zrobiłem!
– Daj spokój. To nic nie zmieni.
Potter zadrżał i zbladł.
– Myślałem, że jestem już trzeźwy! Że też musiałem tyle wypić wieczorem! Jeszcze teraz szumi mi we łbie! Nic nie pamiętam! Powiedz mi, Joe, mój stary, ale uczciwie: czy to naprawdę ja zrobiłem? Jak Boga kocham, nie chciałem tego! Joe, powiedz, jak to było? Boże, to okropne! Taki młody, całe życie miał przed sobą!
– No cóż, biliście się. On uderzył cię wiekiem od trumny i upadłeś na ziemię. Potem podniosłeś się, zataczając i chwiejąc się, porwałeś nóż i wpakowałeś mu w pierś w momencie, kiedy chciał cię uderzyć po raz drugi. Znowu upadłeś i leżałeś jak martwy aż do tej chwili.
– Ja nie wiedziałem, co robię! Naprawdę! Wszystkiemu winna ta przeklęta wódka i nerwy. Jeszcze nigdy w życiu nie użyłem noża w bójce. Biłem się nieraz, ale nigdy na noże. Wszyscy to potwierdzą. Joe, nie zdradź mnie! Powiedz, że mnie nie wydasz! Ty jesteś porządny chłop. Zawsze cię lubiłem i broniłem. Pamiętasz? Nie powiesz nikomu, prawda, Joe? – i nieszczęsny Potter rzucił się na kolana przed mordercą, składając przed nim ręce jak do modlitwy.
– Słuchaj, Potter, zawsze byłeś wobec mnie w porządku. Mówię ci uczciwie: nie wydam cię.
– Ach, Joe, jesteś aniołem! Będę cię za to błogosławił przez całe życie! – i Potter zalał się łzami.
– No, no, dość tego. Nie ma czasu na mazgajstwa. Trzeba się stąd wynosić. Ty idź tędy, a ja pójdę tamtędy. Ruszaj! I uważaj, żebyś nie zostawił za sobą śladów!
Potter odszedł szybkim krokiem, a potem puścił się biegiem.
Mieszaniec patrzył za nim przez chwilę, wreszcie mruknął do siebie:
– Najwyraźniej uderzenie porządnie go zamroczyło, a rum jeszcze nie wywietrzał z głowy. Chyba nie tak prędko przypomni sobie o nożu, a potem będzie się bał wracać na cmentarz sam, żeby go poszukać – nędzny tchórz!
W kilka minut potem już tylko księżyc spoglądał na ciało zamordowanego, nakryte płachtą zwłoki, trumnę bez wieka i otwarty grób. Znowu zapadła głęboka cisza…