Оглавление
- Главная
- Эдит Несбит
- 📚 Книги
- Искатели сокровищ
- Читать онлайн
- XIV. Koniec poszukiwańXIV. Koniec poszukiwań
XIV. Koniec poszukiwań
A teraz kończy się historia poszukiwania skarbu. I trudno sobie wyobrazić, jak dziwny jest koniec. Całkowity przewrót nastąpił w naszym życiu. Więc posłuchajcie.
Nazajutrz po naszym obiedzie dzień był smutny i ponury, deszcz padał bezustannie i czuliśmy się niedobrze, i chodziliśmy ze skwaszonymi minami.
Ojciec zaziębił się, więc go Dora uprosiła, ażeby nie poszedł do biura i został w domu. Dora zrobiła mu doskonały kogel-mogel i ojciec poszedł się zdrzemnąć do swojego gabinetu.
Postanowiliśmy zachowywać się bardzo spokojnie, ażeby nie obudzić ojca.
Odrabiałem lekcję z H. O., bo mi tak poradził O. D., ale było to nudne. Są chwile w życiu człowieka, kiedy go wszystko nudzi: i książki, i rodzeństwo, i cały świat w ogóle. Chwile te zdarzają się podczas deszczu.
Dick powiedział, że jeżeli się nie wypogodzi, to pójdzie się utopić, Ala rzekła, że wstąpi do klasztoru, a H. O. zachowywał się poniżej wszelkiej krytyki, starał się czytać dwie książki jednocześnie, jedną prawym, a drugą lewym okiem – i to tylko dlatego, że Noel chciał czytać jedną z tych książek. H. O. rozbolała głowa i gdy skarżył przed Oswaldem, ten powiedział, że to jego własna wina i że jest egoistą.
H. O. rozpłakał się, a Oswald zapowiedział, że jeżeli nie przestanie, to mu usta zaknebluje.
Oswald podszedł do okna i spoglądał na tramwaje, dorożki, ludzi uciekających przed deszczem. Po chwili H. O. stanął też przy oknie i Oswald dał bratu na znak zgody swoją maszynkę do temperowania ołówków.
Nagle ujrzeli jakąś wielką karetę zbliżającą się do ich domu. Była obładowana paczkami i Oswald rzekł:
– Czarodziejska kareta zatrzymuje się przed naszym domem – powiedział to na żarty, ale kareta zatrzymała się rzeczywiście.
– Chodźcie – zawołałem – chodźcie tutaj!
Wszyscy podbiegli do okna. Tymczasem woźnica zeszedł z kozła, zaczął zdejmować paczki i wstawiać je do sieni.
– Trzeba by zejść na dół i powiedzieć dorożkarzowi, że się omylił – powiedziała Dora.
Z karety wyszedł ktoś bardzo powoli i ostrożnie, „jak ślimak ze skorupy”, porównał Dick i Noel zawołał:
– Ależ to wuj! To biedny Indianin.
Eliza otworzyła drzwi, a my wychyliliśmy się przez poręcz.
Ojciec, usłyszawszy hałas wnoszonych paczek, wszedł do przedpokoju.
– Wiesz, Dicku – mówił do niego wuj – byłem wczoraj na proszonym obiedzie u twoich dzieci. Cóż za pyszne dzieciaki. Na honor, nie spotkałem takich dotychczas! Dora jest żywym portretem nieboszczki Janki, a Oswald to prawdziwy mężczyzna. Zdaje mi się, że się da przeprowadzić ten interes.
Wszedł z ojcem do gabinetu i zamknęli drzwi za sobą. Zbiegliśmy na dół, ażeby przyjrzeć się paczkom.
Niektóre były zawinięte w szary papier, inne pachniały słodyczami. Nagle posłyszeliśmy hałas i Ala zawołała:
– W nogi!
Pobiegliśmy wszyscy. H. O. tylko nie mógł nadążyć (ma za krótkie nogi) i wuj złapał go za kurtkę.
Byłoby nieładnie zostawić samego H. O., więc zeszliśmy.
– Rewidujecie mój bagaż? – zapytał biedny Indianin.
– Niczego nie dotknąłem – rzekł H. O. – Czy wuj sprowadza się do nas?
– Nie, moje dziecko, ale paczki możecie otworzyć. Są dla was.
Nieraz już opowiadałem wam o zdumieniu malującym się na naszych obliczach, ale tym razem zgłupieliśmy do reszty.
– Opowiedziałem jednemu z moich przyjaciół o wspaniałym przyjęciu, jakieście mi wyprawili, opowiedziałem mu też o trzech pensach i magicznej lasce. Przyjaciel mój przesyła wam te upominki. Niektóre pochodzą z Indii.
Trudno wyliczyć wszystko, co nam przysłał przyjaciel wuja. Były zabawki dla młodszych i maszyny elektryczne dla Oswalda i Dicka; piękny serwis do herbaty dla dziewczynek, lalka dla Dory; książka z pięknymi japońskimi obrazkami dla Noela i kolej żelazna dla H. O. Materiały jedwabne na suknie dla sióstr; nawet Eliza dostała koronkowy szal. Wyjął też wuj pudełko cygar i rzekł, mrugając na ojca:
– I tobie, Dicku, przysyła coś mój przyjaciel.
A ojciec (chociaż się gniewa bardzo, gdy my to robimy) odmrugnął wujowi.
Był to dla nas dzień z bajki.
Od tego czasu wuj przychodził bardzo często, a jego przyjaciel przysyłał nam zawsze jakieś upominki: to słodycze, to owoce, to po szylingu. Na kilka dni przed Bożym Narodzeniem rzekł wuj:
– Pamiętacie dzieci, że obiecałem odwdzięczyć się wam za ten wspaniały obiad i poprosić do siebie. Przyjdźcie do mnie w dzień Bożego Narodzenia. Przyjęcie będzie skromne: rosół i rosołowe mięso, ale czym chata bogata, tym rada.
Powiedzieliśmy, jak to się zwykle mówi w takich razach, że o ile ojciec nie będzie miał nic przeciwko temu, to przyjdziemy z największą przyjemnością.
– No to dobrze. Ojca waszego zaprosiłem także.
Kupiliśmy dla wuja śliczne prezenty na gwiazdkę. Dora zrobiła saszetkę do chustek do nosa, a Ala podstawkę do zegarka.
Oswald i Dick kupili scyzoryk do spółki; H. O. wspaniałą gwizdawkę, a Noel powiedział, że da mu książkę z japońskimi obrazkami, którą dostał od przyjaciela wuja, bo jest to najpiękniejsza rzecz, jaką posiadamy.
Zdaje mi się, że w ostatnich czasach poprawiły się interesy ojca, pewno mu pomógł przyjaciel wuja. Dostaliśmy nowe ubrania, a dziewczynki prześliczne białe sukienki. I w dniu Bożego Narodzenia pojechaliśmy do wuja dwiema dorożkami. Jedną ojciec z dziewczętami, a drugą my sami.
Dopiero po drodze zaczęliśmy się zastanawiać, gdzie mieszka wuj.
– Pewno gdzieś daleko za miastem, w jakiejś nędznej chacie – przypuszczał Noel.
Wjechaliśmy do parku obielonego śniegiem i zatrzymaliśmy się przed dużym czerwonym domem.
W progu czekał nas wuj. Miał na sobie granatowe ubranie i szarą jedwabną kamizelkę.
– Pewno otrzymał posadę woźnego w tym domu – rzekł Dick.
Przypuszczenie wydało mi się słuszne.
Wuj uściskał nas na powitanie, wprowadził do przedpokoju, pomógł nam zdjąć okrycia i rzekł:
– Pozwólcie do mojego gabinetu. – Domyśliliśmy się, że skoro ma własny gabinet, nie może być woźnym.
Gabinet wuja nie był wcale podobny do gabinetu ojca: w środku znajdowała się ogromna kanapa skórzana i głębokie fotele, na ścianach były rozwieszone skóry tygrysie, lamparcie, orły wypchane i rogi jelenie.
Powinszowaliśmy wujowi wesołych świąt i wręczyliśmy mu nasze upominki. Potem wuj dał nam prezenty. Znudziło się wam pewno, że mowa tu ciągle o prezentach! Ale pozwolę sobie zauważyć, że tym razem dał nam wuj same srebrne zegarki z naszymi monogramami.
– Moje drogie dzieci – rzekł wuj – mieszkam w tym domu od tygodnia, ale mieszkanie jest zbyt wielkie dla mnie samego – poprosiłem ojca, ażebyście się tutaj przenieśli. Będzie mi z wami dobrze i mam nadzieję, że wam także będzie nieźle ze starym wujaszkiem.
Wytarł nos i ucałował nas kolejno. Nie miałem nic przeciwko temu, bo to święto, ale w ogóle jestem za stary na całowanie.
– Dziękuję wam za prezenty – ciągnął wuj – ale mam tutaj jeden znacznie cenniejszy – i pokazał nam trzy pensy, które mu daliśmy u nas na obiedzie. – Daliście mi go wtedy, gdy przypuszczaliście, że jestem ubogi, zatrzymam go sobie na zawsze.
Potem uściskał ojca, który rzekł:
– Podziękujcie waszemu wujowi.
– Et, głupstwo – przerwał mu wuj.
– Więc wuj nie jest wcale biedny? – rzekł z rozczarowaniem H. O.
– Starczy mi na moje skromne wymagania – odpowiedział wuj i zaczął oprowadzać nas po mieszkaniu. A mieszkanie było po prostu wspaniałe. Zdaje się, że wuj jest doprawdy bogaty.
Wybaczcie mi, że historia o poszukiwaniach skarbu kończy się jak w książce. Nie moja w tym wina. Życie bywa czasem podobne do książki. Po obejrzeniu mieszkania weszliśmy do salonu, w którym ku naszemu zdziwieniu znajdowała się pani Leslie, lord Tottenham, Albert-z-przeciwka, jego mama i wuj, i nasz najmilszy złodziej z dwojgiem dzieci.
Wuj powiedział nam, że zaprosił wszystkich ludzi, którzy byli dobrzy dla nas.
– A gdzie jest szlachetny redaktor? – zapytał Noel. Wuj wytłumaczył, że nie ośmieliłby się zaprosić redaktora, bo go nie zna.
– A gdzie jest pan Rosenbaum? – spytał H. O.
– A gdzie rzeźnik? – zapytała Ala.
I ojciec powiedział, że nie można zapraszać wszystkich, z którymi ma się do czynienia w kwestiach handlowych.
Podano do stołu. Nie było rosołu ani rosołowego mięsa, ale najwspanialsza uczta, jaką sobie wyobrazić można. Po obiedzie wolno nam było pójść do innego pokoju i zabrać ze sobą deser. Dzieci naszego złodzieja nie chciały się bawić z nami. Są nieśmiałe i H. O. nazwał je białymi myszkami.
Przekonaliśmy się potem, że są bardzo miłe, ale o tym opowiem wam w innej książce.
Zamieszkaliśmy razem z wujem. Pani Leslie, wuj Alberta i złodziej odwiedzają nas od czasu do czasu. Po Bożym Narodzeniu zaczęliśmy chodzić do szkoły. Wuj jest dla nas bardzo dobry. I pomyślcie tylko: nie odnaleźlibyśmy go na pewno, gdybyśmy nie byli poszukiwaczami skarbu.
Noel, jak zwykle, ułożył okolicznościowy poemat. Utwór ten był napisany białym wierszem, bo Noel nie mógł dać sobie rady z rymami.