Matka, ojciec, żona, dzieci, bracia, siostry, cała twoja rodzina, wszyscy twoi przyjaciele, koledzy - nie miłują cię dla ciebie; wszyscy oni kochają cię dla siebie. Bo jesteś ich. Ich synem, mężem, ojcem, bratem, kuzynem, szwagrem, wujem, zięciem, przyjacielem, kolegą, kompanem, kamratem i tak dalej. Obcego, jak to wy mówicie, nie kochają tak, jak ciebie, bo on jest obcy, nie należy do rodziny (ta rodzina może być mała i może być duża, i może być bardzo duża, ale nigdy nie ogarnia, nie obejmuje ramieniem całej ludzkości, co ci pokazuje czarno na czarnym właśnie historia ludzkości, która jest historią wojen pomiędzy różnymi rodzinami składającymi, a raczej nie składającymi się na tę ludzkość). Więc obcy jest obcy. Nie jest ich. A ty jesteś ich. I dlatego cię kochają. Nie miłują cię bezinteresownie, czysto, prawdziwie. Tak, jak miłuje słońce, które nie dzieli ludzi na swoich i obcych, na niekochanych, troszeczkę kochanych, trochę kochanych, kochanych, bardzo kochanych ("Kogo więcej kochasz? Tatusia czy mamusię?").